jeudi 4 février 2016

Mon janvier 2016

Styczeń to jeden z moich ulubionych miesięcy. Nie dlatego, że tylko w tym miesiącu trzymam się postanowień, ale dlatego, że to miesiąc moich urodzin, co skłania mnie do bardzo głębokiej refleksji nad samą sobą i wspomnień. Nie mogę się nadziwić jak czas szybko mija. Mam już 26 lat i z tej okazji dopadł mnie kryzys ćwierćwiecza. Jak sama nazwa wskazuje - to nic miłego. Dlatego ten styczeń jest poniekąd podwójnie refleksyjny. Wniosek nasuwa mi się jeden: przez 25 lat pracowałam na to, żeby się udało, to teraz na pewno się uda. :)

Nowy Rok zastał mnie w Warszawie. Spędziłam w Polsce prawie miesiąc i, mimo że nie chciało mi się wyjeżdżać (za bardzo się rozleniwiłam), to doszłam do wniosku, że chyba nie potrafiłabym żyć w Warszawie. Mimo że jestem Warszawianką z dziada pradziada, to to miasto wydaje mi się coraz bardziej obce. No ale dość już tych sentymentalnych wynurzeń. Przejdźmy do rzeczy.


Do premiery Nuit Bouffe zostały 243 dni. Przez cały styczeń nie kiwnęłam palcem żeby jakoś pchnąć  pracę do przodu. Co prawda, po moim powrocie z Polski, odbyło się krótkie spotkanie z Joanną i Laurent w celu podpisania dokumentów naszej trupy, a kilka dni później pojechałam do Prefektury z naszym prezesem żeby zarejestrować działalność, ale jak to zwykle bywa nie załatwiliśmy nic. Okazało się, że teraz trzeba umawiać się na spotkanie żeby nie stać w kolejkach albo zarejestrować działalność przez internet. No to rejestruję... od dwóch tygodni.
Miałam też wysłać maila do jednej aktorki i zaproponować jej rolę Madame Marguerite. Jak możecie się domyślić - jeszcze tego nie zrobiłam.
Jedyne, co robiłam w tym miesiącu to publikacja kolejnych portretów na FanPage'u Nuit Bouffe oraz założenie FanPage'a grupy teatralnej. Tak, nasza grupa będzie się nazywać Compagnie De l'Autre Côté. Zostałam przegłosowana jeśli chodzi o nazwę. ;)

Widok z okna.
W styczniu, nie grałam ani razu, ale za to 4 razy gościłam w teatrze na widowni.

9 stycznia - KabaretTeatr Dramatyczny, Warszawa
Wielki zawód, o którym pisałam na blogu. Do tej pory nie mogę tego przetrawić. Jeśli chcesz dowiedzieć się czym zawiódł mnie ten spektakl, możesz o tym przeczytać tutaj.

12 stycznia - Kabaret WarszawskiStudio ATM, Nowy Teatr, Warszawa.
Spektakl Krzysztofa Warlikowskiego totalnie mnie oczarował, bardzo wzruszył i rozbudził apetyt na więcej. Nie mogę się już doczekać jego nowej produkcji, Phèdre(s) w teatrze Odeon w Paryżu, a także osławionych już Francuzów w teatrze Chaillot. Na razie, w ramach zajęć na uczelni, mam okazję śledzić przygotowania do tego spektaklu - nie tyle próby, co po prostu mogę spotkać różnych ludzi związanych z tą produkcją: od twórców, przez artystów, na krawcowych kończąc.

16 stycznia - La Légende du Roi Arthur, Palais de Congès, Paryż.
Oczywiście nie mogłam przepuścić ostatniego przedstawienia tego musicalu w Paryżu. Miałam nadzieję, że trafię na tzw. zielony spektakl, podczas którego aktorzy będą sobie robić żarty. Niestety, żart był tylko jeden, ale spektakl i tak mi się podobał.

22 stycznia - Kings of War, Teatr Chaillot, Paryż.
Najnowszy spektakl Belga, Ivo van Hove'a, musiałam zobaczyć na zajęcia o współczesnych wersjach sztuk Shakespeare'a. Sam Van Hove jest coraz bardziej chwalony za swoją pracę, a jego spektakle cieszą się tak olbrzymią popularnością, że ciężko jest dostać jakikolwiek bilet. Dla mnie to było drugie spotkanie z jego sztuką (w ubiegłym roku widziałam jego Antygonę). Z sali wyszłam z mieszanymi uczuciami, ale im dłużej myślę o tym spektaklu, tym bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że jednak mi się podobał. Kings of War opiera się na trzech sztukach-kronikach Shakespeare'a: Henryku V, Henryku VI i Ryszardzie III osadzonych w War Roomie Churchuilla z lat 40 i pokazuje w jaki sposób każdy z tych angielskich króli doszedł do władzy i się z nią pożegnał. Dosyć ciekawy przekrój historyczny.

29 stycznia - Conte d'hiver, Teatr Les Gémeaux, Sceaux
Ten spektakl miałam również obejrzeć na zajęcia. Niestety, nie udało mi się na niego dotrzeć z powodu (kolejnej) awarii na mojej linii. Podobno był świetny...

Photo: Jan Versweyveld 
W tym roku moim jedynym postanowieniem noworocznym jest sprostanie wyzwaniu 52 książki. Pewnie znacie to wyzwanie, ale tak tylko przypomnę, że chodzi o czytanie jednej książki na tydzień.
U mnie styczeń wyglądał następująco:

1. William Wharton, Ptasiek.
Rok rozpoczęłam powrotem do książki, której nie czytałam od bardzo dawna, mimo że autora po prostu uwielbiam. To był piękny i bardzo sentymentalny powrót.

2. Charlotte Bronte, Jane Eyre.
Kolejny powrót do przeszłości. Od dawna myślałam o tej książce, ponieważ nigdy nie skończyłam jej czytać. Tym razem się udało.

3. Molière, Dom Juan.
Powrót na uczelnie, a zatem powrót do lektur obowiązkowych.

4. Molière, L'école des femmes.
Jak wyżej.



Jeśli zaś chodzi o bardziej prywatne sprawy, to w styczniu przesiadłam się na komputer z jabłuszkiem i uważam, że to była jedna z lepszych decyzji. Po latach pracy na Windowsie trochę ciężko jest mi się przestawić na inny system, ale kiedyś na pewno rozgryzę wszystkie jego tajniki. Na razie zachwycam się niezwykle wytrzymałą baterią i francuską klawiaturą - w końcu nie muszę bawić się we wstawianie znaków specjalnych. Przy okazji odkryłam świetny patent na to jak przerobić klawiaturę QWERTY na AZERTY i odwortnie. Polska firma KeyShorts produkuje specjalne naklejki ochronne na klawiaturę i touchpada, a przy tym możemy wybrać sobie układ klawiatury jaki nam pasuje. Ja zdecydowałam się na zielony gradient z kolorowymi akcentami we francuskiej wersji. Mała rzecz a cieszy.

A jaki był Wasz styczeń?