dimanche 14 février 2016

Shakespeare, drugs & rock'n'roll czyli Richard III w teatrze Odeon.

Rok 2016 został ogłoszony rokiem Shakespeare'a, ponieważ to właśnie w tym roku mija 400 lat od jego śmierci. Z tej okazji twórcy teatralni prześcigają się w wystawianiu swoich wersji różnych dzieł tego poety: Ivo van Hove postawił na rozmach i wyreżyserował 3 sztuki (w tym jedną trylogię) za jednym zamachem - Kings of War opiera się na kronikach: Henryk V, Henryk VI (trylogia) oraz Ryszard III; Comédie Française postawiła na wielki klasyk, Romeo i Julię, w reżyserii Erica Rufa; na scenie narodowej teatru Gémeaux w podparyskim Sceaux mogliśmy zobaczyć komedię Conte d'hiver  angielskiej produkcji w reżyserii Declana Donnellana; za to w paryskim Odeonie, który kiedyś był teatrem Marii Antoniny, młody reżyser, Thomas Jolly, wziął w obroty Ryszarda III, który jest kontynuacją Henryka VI, nad którym Jolly pracował od 2010 roku.
Jak możecie się domyśleć, premiery Kings of War Ivo van Hove'a i Ryszarda III Thomasa Jolly'ego zbiegły się nie tylko w czasie, ale również w temacie, przez co ci dwaj reżyserzy nie uniknęli porównań. Krytycy raczej zgodnie twierdzą, że Ivo van Hove miał lepsze podejście do tematu, więc siłą rzeczy uważają, że jego spektakl był lepszy. Nie zgadzam się z tym: Richard III Jolly'ego to najbardziej odjechany spektakl jaki kiedykolwiek widziałam i zaraz powiem Wam dlaczego.

Photo: Nicolas Joubard



Thomas Jolly jest uważany za jednego z najbardziej uzdolnionych reżyserów swojego pokolenia. Jest młody, pełen energii i szalonych pomysłów, a do tego ma w sobie tyle zuchwałości, że nie waha się wyreżyserować spektaklu i jeszcze zagrać w nim główną rolę. Jest dyrektorem artystycznym grupy teatralnej La Piccola Familia, którą założył żeby móc pokazać innym swój świat i uniknąć bycia zależnym od widzimisię innych reżyserów, co wychodzi mu nadzwyczaj dobrze - jego 13-godzinna (!) wersja trylogii Henri VI cieszyła się dużym powodzeniem, a na Richarda III biletów nie było już od dawna.
Dla mnie, to było pierwsze spotkanie z tym reżyserem. O ile zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie, kiedy kręciłam się z moją grupą po teatrze Odeon, o tyle nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po nim na scenie. Ryszarda III nie lubiłam - widziałam go na scenie raz w teatrze Nord-Ouest w bardzo złej wersji i przez bite 3 godziny miałam ochotę wyjść. W Kings of War też mnie nie powalił, ponieważ historia była bardzo mocno okrojona. Spodziewałam się, że i ta wersja mnie zawiedzie. Tymczasem, spędziłam ponad 4 godziny na tzw. kurniku (poulailler - 2 balkon w teatrze Odeon) z kolanami pod brodą i rozdziawioną buzią, wychylając się za balustradę żeby jak najlepiej widzieć to, co dzieje się na scenie. A działo się wiele!



Już w pierwszych minutach spektaklu, czuć, że to nie będzie po prostu Shakespeare z reżyserii Jolly'ego. Na scenie pojawia się szczupły, młody mężczyzna z opierzonym garbem, dziwnymi szponami, nogą usztywnioną stabilizatorem, a w dodatku mówi do nas mało przyjemnym głosem. W pierwszej chwili ten Ryszard III nas odrzuca, bo tak się już przyjęło, że im bardziej wynaturzonego stwora prezentujemy publiczności, tym mniej ta publiczność się z nim identyfikuje. Zresztą, podobno taki właśnie był Ryszard III - odrzucający, okrutny. Nie znał ani miłości, ani łez, ani bólu, ani litości. Jednak im bardziej rozwija się akcja, tym bardziej nasz uczucia stają się niejednoznaczne: z jednej strony ta postać nadal nas obrzydza poprzez swoje czyny - morderstwo brata czy dzieci; z drugiej strony nas rozśmiesza swoim cynizmem, zwierzęcym zachowaniem, brakiem ogłady, w dodatku czasami przypomina Jima Carrey'a albo Dr House'a z ich szczytowych formach; w końcu wzbudza w nas litość, bo dowiadujemy się, że mimo licznych wad i potwornych czynów, ma jednak serce, więc współczujemy mu kiedy ukochana go odrzuca albo kiedy chowa swoje zmarłe dziecko i kibicujemy w walce o tron. Thomas Jolly, bo to on właśnie interpretuje rolę Ryszarda III, zrobił z tej postaci prawdziwe dzieło sztuki, które nie pozostawia nikogo obojętnym. W dodatku Jolly jest prawdziwą bestią na scenie, dzięki czemu porywa publiczność bez reszty. 

Cały spektakl jest osadzony w dość minimalistycznej, bardzo ciemnej scenografii - jest kilka mobilnych elementów takich jak platforma czy schody, ale i tak większość roboty wykonują światła, które układają się w różny sposób w zależności od potrzeb sceny i które poddają się rozkazom Ryszarda - pierwszy raz widziałam takie rozwiązanie, co było dosyć interesujące.
Podobnie jest z kostiumami - również są one ciemne, ale każda postać ma coś charakterystycznego, dzięki czemu można ją odróżnić od innych. Tak naprawdę to tylko Ryszard III i Lady Anne zmieniają w pewnym momencie kostiumy na inny kolor.
Do tego musimy dodać świetną muzykę, dzięki której spektakl został okrzyknięty rock operą. W spektaklu znajduje się tylko jedna piosenka (video powyżej), ale jest tak porywająca, że mamy wrażenie, że jesteśmy na świetnym rockowym koncercie, a nie w teatrze.
Jest to jednak tylko otoczka, bo na pierwszym miejscu są aktorzy z La Piccola Familia - potężny zespół niezwykle uzdolnionych ludzi. 

Zresztą, co ja Wam będę mówić... Poniżej zamieszczam pełne nagranie spektaklu i serdecznie zachęcam Was do obejrzenia - nieważne czy mówicie po francusku czy nie (jeśli znacie sztukę to nie będzie to dla Was problemem). Dla mnie jest to jednej z najlepszych spektakli jakie widziałam w życiu, dlatego chętnie wracam do tego nagrania i polecam je każdemu.