vendredi 11 mars 2016

Kto straszy w Paryżu?

W tym wpisie zabiorę Was w niecodzienną podróż po Paryżu. Odwiedzimy razem miejsca uznane za nawiedzone - te znane jak i mniej znane. Żaden profesjonalny przewodnik nie opowie Wam tych historii, a jestem pewna, że przy kolejnej wizycie w Paryżu, kiedy przypomnicie sobie ten wpis, poczujecie lekki dreszczyk emocji odwiedzając miejsca, które opisałam poniżej. 
Gotowi na tą upiorną podróż? No to zaczynamy!



Przyznam szczerze, że początkowo chciałam Wam opowiedzieć o duchach nawiedzających paryskie teatry. Okazało się jednak, że są zbyt nieśmiałe i wolą wychodzić tylko w poniedziałki, kiedy w teatrze nie ma nikogo, kto mógłby je zobaczyć. Paryż ma tylko dwie upiorne, teatralne sławy, w tym jedną znaną na całym świecie. Mowa tu oczywiście o Upiorze z Opery Garnier, którego w 1910 roku, uwiecznił w swojej książce Gaston Leroux. Eryk, bo tak nazywa się książkowy Upiór, był geniuszem, który zamieszkiwał podziemia opery i ukrywał swoją zdeformowaną twarz pod maską. 
Gaston Leroux nie mija się tak do końca z prawdą. W 1873 roku, kiedy Opera była jeszcze w budowie, miał miejsce pożar w konserwatorium muzycznym przy ulicy Le Peletier. Jednymi z ofiar była tancerka i młody pianista, Ernest, którzy planowali się pobrać. Mówi się, że Ernest tak naprawdę nie zginął w pożarze. Został jednak poparzony i, chcąc ukryć swoją zniekształconą twarz, zamieszkał w podziemiach Opery. Jedna z wersji tej legendy mówi, że zmarł w 1875 roku i dopiero po jego śmierci w operze zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Druga wersja mówi z kolei, że Ernest przeżył w spokoju kilka lat kończąc swoje dzieło, które pisał na organach, a przy okazji umilał życie pracownikom Opery. W 1896 roku, sprawił, że wielki żyrandol spał na widownię i zabił jedną osobę. Innym razem znaleziono martwego maszynistę, który podobno powiesił się, ale nie znaleziono przy nim sznura. Jeszcze innym razem, szczur popełnił samobójstwo skacząc z loży numer 5. 
Podobno dyrektorzy Opery przesyłali mu co miesiąc 20 000 franków, a loża numer 5 była zawsze do jego dyspozycji. O przepraszam... Loża numer 5 nadal jest do jego dyspozycji. Mielibyście odwagę obejrzeć spektakl z tej właśnie loży?



Innym teatralnym upiorem, dużo mniej światowym, jest Gerard de Nerval. Ten pan był poetą i żył w epoce romantyzmu. Znany jest głównie ze swoich spacerów po paryskich ulicach z homarem oraz z opowieści Voyage en Orient. Niestety, jego ekscentryczne zachowania były wywoływane przez jego osobiste demony, które w końcu wzięły górę nad jego umysłem. Gerard de Nerval powiesił się w jednej z ciasnych uliczek 4 dzielnicy Paryża. Dziś w tym miejscu stoi teatr de la Ville, który nasz upiór odwiedza dosyć często, żeby dostarczyć mocnych wrażeń zarówno widzom jak i aktorom. Podobno czasami pojawia się na scenie w trakcie spektaklu. Widocznie nie chce mu się czekać do poniedziałku i bawić z innymi teatralnymi duchami. 

Gerard de Nerval
Ale już dosyć teatru! Przejdźmy się teraz ulicami Paryża. Niektóre budynki stoją tu od Średniowiecza i kryją czasami bardzo mroczne tajemnice. Znacie film Sweeney Todd o demonicznym golibrodzie z Londynu, który przerabiał swoje ofiary na paszteciki? Cóż... nie on pierwszy! Pod koniec XIV wieku, na ulicy Marmousets, która znajdowała się na Ile de la Cite, mieszkał pewien piekarz, którego paszteciki były słynne w całym Paryżu. Podobno nawet król Karol VI się nimi delektował. Biznes miał się dobrze, dopóki pewnego dnia 1387 roku, pies jednej z klientek sąsiada słynnego piekarza nie zaczął ujadać jak szalony. Zaalarmowani sąsiedzi dokonali makabrycznego odkrycia: okazało się, że piekarz i jego sąsiad, golibroda, razem prowadzili interes. Golibroda zabijał swoich klientów i wysyłał ciała przez specjalną zapadnię do piwnicy piekarza, gdzie ten przerabiał je na swoje paszteciki. Oczywiście obydwoje zostali spaleni żywcem, a ich dom został zrównany z ziemią. Obecnie w tym miejscu znajduje się garaż dla policyjnych motorów, ale podobno na dziedzińcu tego garażu przy ulicy Chanoinesse 20, ostał się jeden z kamieni domu golibrody i piekarza. Jeśli zbliżycie się do bramy być może usłyszycie ciche jęki i zawodzenie ofiar golibrody?


Z Ile de la Cite przejdziemy się do ogrodów Tuileries przy Luwrze. Mam nadzieję, że Czerwony Mężczyzna nikomu już się nie ukaże, ponieważ nie zwiastuje to niczego dobrego. L'Homme Rouge, bo tak nazywają go Paryżanie, był rzeźnikiem, który pracował niedaleko Luwru. Został zamordowany na rozkaz Katarzyny Medycejskiej, ponieważ ta uważała, że wie zbyt dużo o rodzinie królewskiej. Tuż przed swoją śmiercią, rzeźnik powiedział do swego kata, że niedługo powróci. Jak powiedział, tak zrobił! Niedługo po swojej śmierci, rzeźnik w czerwonym płaszczy ukazał się astrologowi Katarzyny Medycejskiej i przepowiedział, że królowa umrze w pobliżu Saint-Germain. Oczywiście, od tamtej pory, Katarzyna Medycejska unikała jak ognia wszelkich miejsc, które nosiły imię Saint-Germain. Jednak na łożu śmierci okazało się, że jej spowiednik nazywał się Julien de Saint-Germain. Mówi się, że Maria Antonina również widziała Czerwonego Mężczyznę kilka dni przed śmiercią, kiedy była uwięziona w Consiergerie. Z kolei Napoleon podobno dobrze się rozumiał z duchem - Czerwony Mężczyzna zdradzał mu wynik zaplanowanych wojen. 

Ogród Tuileries
Paryskie mosty również są dobrą okazją do spotkania duchów. Jednym z najciekawszych mostów jest most Marie łączący wyspę Saint Louis z prawobrzeżnym Paryżem. Nazywa się go również Mostem Zakochanych, ponieważ jeśli pod nim przepływamy lub przechodzimy, wystarczy pomyśleć życzenie i pocałować swojego partnera lub partnerkę, a ono się spełni. Z tym mostem wiąże się również pewna historia. Podczas Okupacji pewna Paryżanka, żona działacza Ruchu Oporu, utrzymywała mniej lub bardziej zażyłe kontakty z niemieckim żołnierzem. W ten sposób zdobywała informacje o działaniach wrogach i przekazywała je dalej swojemu mężowi. Pewnego zimowego dnia, czekała na swojego męża na moście Marie. On jednak nie przyszedł. Kobieta zmarła z zimna, a jej duch podobno nadal nawiedza Most Zakochanych i można czasami usłyszeć jej płacz. 

Pont Marie
Nasza ostatnia historia - nie zdradzę Wam przecież wszystkich tajemnic Paryża na raz - przenosi nas do mojego ulubionego Ogrodu Luksemburskiego. W 1925 roku, Jean Romier, młody student medycyny, czytał książkę na jednej z bardziej oddalonych ławek w tymże ogrodzie. Obok niego, na tej samej ławce, siedział Starszy Pan, w eleganckim, ale staromodnym płaszczu. Z bliżej nieznanego mi powodu, między studentem a Starszym Panem wywiązała się rozmowa, w wyniku której Starszy Pan zaprosił Romiera do domu na koncert muzyki kameralnej. Jean Romier nie wahał się ani chwili i poszedł za Starszym Panem do jego mieszkania przy ulicy Vaugirard. Spędził cudowny wieczór słuchając muzyki i poezji w towarzystwie Starszego Pana i jego rodziny. Kiedy opuścił mieszkanie swojego gospodarza, zorientował się, że zapomniał zabrać swojej zapalniczki. Wrócił do mieszkania, zapukał, ale nikt mu nie odpowiedział. Jeden z mieszkańców domu poinformował go tylko, że w tym mieszkaniu nikt nie mieszka, ponieważ 20 lat temu zmarł jego właściciel, Alphonse Berruyer. Jean Romier nie uwierzył i wdał się w kłótnię z sąsiadem, co zaalarmowało dozorcę, a następnie policję. Wezwano właściciela mieszkania, niejakiego pana Mauger, który nie zamieszkiwał tego mieszkania. Kiedy otworzono mieszkanie, okazało się, że jest ono kompletnie puste, jednak na jednym z kominków, Jean Romier znalazł swoją zapalniczkę pod grubą warstwą kurzu. 
Duch Alphonse'a Berruyera nadal zaprasza młodych ludzi na swoje koncerty w mieszkaniu przy ulicy Vaugirard. Jeśli chcecie go spotkać, udajcie się do Ogrodu Luksemburskiego wczesnym rankiem albo tuż przed zamknięciem i szukajcie go w bocznych alejkach. Ja bym przyjęła takie zaproszenie, a Wy?

Ogród Luksemburski
--------------------------------------------------------------------------

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Wpisy innych blogerek możecie znaleźć na FanPage'u Klubu