lundi 14 mars 2016

Mon février 2016.

W tym miesiącu trochę późno, ale jest! W końcu! Podsumowanie lutego! Cieszmy się!
A tak na poważnie to luty minął mi pod znakiem grypy i wykasływania płuc. Łącznie spędziłam w łóżku jakieś dwa tygodnie, ponieważ z braku nadwornego tragarza, zakupy musiałam sobie przynosić do domu sama. A co za tym idzie, za każdym razem, gdy poczułam się lepiej i wyszłam z domu, następnego dnia znowu leżałam z gorączką. I tak w kółko... Cudownie... Sytuacji nie poprawiał fakt, że moja była wielka miłość postanowiła zrobić ponowne wejście smoka w moje życie, co dodatkowo sparaliżowało mnie na jakiś czas. Cudownie po raz drugi... Na szczęście, okazałam się wystarczająco zniechęcająca, żeby Pan Casanova sam zawinął żagle. I tak powitałam marzec już bez choróbska i bez Casanovy na telefonie, za to z mnóstwem spraw do załatwienia, które musiałam odłożyć ze względu na 2 powyższe czynniki.  


Do premiery Nuit Bouffe pozostały, na dzień dzisiejszy, 202 dni. Zresztą po prawej stronie macie licznik. Tradycyjnie w lutym nie kiwnęłam palcem jeśli chodzi o zarejestrowanie grupy teatralnej. Jestem wyjątkowym leniem. Ale żeby nie było, że się obijam, to powiem Wam, że przeprowadzałam intensywne negocjacje z jedną aktorką, której zaproponowałam rolę Madame Marguerite. Skontaktowałam się z Marie Veronique Raban, bo tak nazywa się owa aktorka, z polecenia mojego wspaniałego asystenta, Laurent. Zależało mi, żeby aktorka grająca tę rolę naprawdę pasowała mi do roli starszej kobiety z arystokratycznej rodziny nie tylko postawą, ale zwłaszcza głosem. No i żeby dobrze czuła się w naszym towarzystwie. Relacje w trupie stawiam na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że chcę, żeby wszyscy się uwielbiali itd., ale dlatego, że widać na scenie jeśli trupa jest zgrana. Dlatego, kiedy Laurent powiedział mi, że zna Marie Veronique i że pracował z nią, było dla mnie oczywiste, że jeśli do tej pory ci dwoje się nie pożarli, to bardzo prawdopodobne jest, że dobrze zrozumieją się na scenie, tym bardziej, że postacie Luciena i Madame Marguerite mają dosyć specyficzną relację między sobą. Dodatkowo, Laurent zachwalał Marie Vero jako bardzo profesjonalną aktorkę, o czym przekonałam się bardzo szybko: zanim Marie Veronique zgodzi się z nami zagrać, chce zrobić pierwszą próbę z całą ekipą. 
I tak, reszta lutego minęła mi na nieudolnych próbach dogrania jednego terminu na tę nieszczęsną próbę. Wiecie jakie to trudne zgrać 7 osób? W końcu udało mi się znaleźć jedną datę - 9 marca. Tak, ja już wiem jak przebiegła ta próba, i Wy, jeśli śledzicie fan page Nuit Bouffe, też już wiecie. A reszta poczeka na podsumowanie marca. ;)
W lutym, Sebastien ogłosił mi triumfalnie, że skończył muzykę do spektaklu i może mi ją pokazać. Kiedy czytacie ten wpis, ja już oczywiście miałam okazję posłuchać tej muzyki (i w sumie to teraz powinnam nad nią trochę popracować), ale potrzymam Was jeszcze trochę w napięciu, bo to, że muzyka jest gotowa, nie znaczy, że jeszcze się nie zmieni.

6 lutego  zagrałam ostatni raz w Tebaidzie i tym samym pożegnałam się z moją Olympe i z teatrem Nord-Ouest (przynajmniej na razie). Będzie mi brakowało tego spektaklu, mimo że byłam już nim trochę zmęczona. Graliśmy przez rok, wiele się wydarzyło, a ja nauczyłam się niezwykle dużo. To była dla mnie jedna z najlepszych szkół. No i uwielbiałam ludzi, z którymi grałam.

Ja, moje 50 odcieni podbródka i Eric Veiga.
Jeśli chodzi o teatralne wyjścia, to było ich tylko 3, ale za to wszystkie mnie zachwyciły.

3 luty - Roberto Zucco, Theatre Gerard Philippe'a, Saint-Denis.
Poruszający spektakl w reżyserii Richarda Brunela z zapierającym dech w piersiach Pio Marmai w roli tytułowej. Bardzo chciałam wybrać się jeszcze raz na ten spektakl, ale najpierw uniemożliwiła mi to choroba, a potem Casanova od siedmiu boleści. Do tej pory żałuję, że przedłożyłam spotkanie z Casanovą, do którego nie doszło, nad podziwianie talentu (i nie tylko) Pio. 

5 luty - Richard III, Theatre de l'Odeon, Paryż.
Kolejny, po Roberto Zucco, spektakl, dzięki któremu zbierałam szczękę z podłogi i który mogłabym oglądać bez końca. Prawdziwy majstersztyk. Thomas Jolly został już ogłoszony jednym z najzdolniejszych młodych reżyserów i ja się z tym całkowicie zgadzam. Bardzo chętnie wracam do nagrania spektaklu, które jest dostępne na YouTube'ie i nabieram coraz większego apetytu na nagranie Henri VI - 13 godzin spektaklu w reżyserii Jolly'ego na dvd. 

20 luty - Romeo et Juliette, Comédie Francaise, Paryż.
Wspaniale zrobiony klasyk. Nie pisałam oddzielnej recenzji tego spektaklu, ponieważ w kwietniu zobaczę go jeszcze raz, ale mogę Wam zdradzić, że jest to chyba najlepsza wersja Romea i Julii jaką widziałam. Jeśli chcecie poczuć klimat i słońce Italii w teatrze, to biegnijcie do Komedii Francuskiej. Swoją drogą, uwielbiam ten teatr. Nie ze względu na repertuar, ale dlatego, że tam czuć historię. 

Romeo et Juliette, Comédie Francaise, Photo: Vincent Pontet
Za nami kolejne 4 tygodnie książkowego wyzwania. U mnie, w lutym, królowały powroty do znanych mi lektur. To zabawne jak nasza percepcja jakiejś książki zmienia się z upływem lat...

5. La couleur des sentiments, Kathryn Stockett.
Książka, którą dostałam na urodziny, po tym jak zachwyciłam się filmem Służące. To jedna z tych książek, które z jednej strony chce się czytać, żeby wiedzieć, co dalej, a z drugiej nie chce się ich kończyć, żeby przyjemność z tego czytania trwała jak najdłużej. Czyta się ją lekko, mimo że temat książki nie jest aż taki lekki i przyjemny. Dla mnie było to też trochę przełomowa lektura, ponieważ zmieniła bardzo moje spojrzenie na pewne sprawy. Polecam ją każdemu, tak jak i film.

6. Rubio, William Wharton.
Pierwszy powrót do przeszłości. Uwielbiam Williama Whartona, a tę książkę to już w szczególności. Jeśli czytacie mojego bloga dłużej, to wiecie, że jest to jedna z moich 3 ulubionych książek i że często do niej wracam. Oczywiście historia się nie zmienia, ale ja za każdym razem, od 13 lat, znajduję w niej coś nowego. Poza tym przyjemnie jest się przenieść pod andaluzyjskie niebo, kiedy za oknem deszcz, a na termometrze 38 stopni gorączki. 

7. Fedra, Racine, Sofocles.
Tak w sumie to w lutym przeczytałam 5 książek, ale sztuki teatralne są dosyć krótkie, więc te 2, które mówią o tym samym micie, traktuję jak jedną. Fedra Sofoclesa i Fedra Racine'a. Klasyka. 

8. Romeo i Julia, Shakespeare.
Po spektaklu w Komedii Francuskiej, postanowiłam odświeżyć nieco pamięć i sięgnąć po historię najsłynniejszych kochanków. Czyli kolejny, nudny klasyk... Nie wiem czy Wy też tak macie, ale im jestem starsza, tym chętniej czytam klasyki literatury, szczególnie te, których nienawidziłam w szkole. 

Ostatnim zachwytem lutego, o którym chciałabym Wam wspomnieć, jest film. 
Cóż... Kiedy jestem chora, pochłaniam książki i filmy, a że wcześniej zachwycałam się Pio Marmai w Roberto Zucco, to luty upłynął mi na oglądaniu filmów z Pio Marmai. Pisałam już kiedyś o filmie Le premier jour du reste de ta vie w reżyserii Remiego Bezancon, który bardzo mnie poruszył. Teraz ten sam reżyser zrobił równie poruszający dla mnie film. 
Nos Futurs to film o przyjaźni i młodości, która rządzi się swoimi prawami. Niezwykle ciepły i bardzo zaskakujący. Dwójka przyjaciół chce zorganizować imprezę taką jak w czasach liceum. Więcej Wam nie zdradzę, bo boję się zepsuć niespodziankę. ;) Polecam jednak każdemu ten film. Niezależnie od wieku.