vendredi 1 avril 2016

Mon mars 2016.

Tak, jak przypuszczałam, czas zaczął przyspieszać. Zanim się obejrzałam, marzec minął. Mamy już kwiecień i 177 dni do premiery Nuit Bouffe. Naprawdę nie wiem kiedy i jak minął mi ten miesiąc. 
Fakt, że pracowałam dużo więcej niż w lutym, bo miałam sporo zleceń w biurze, no i praca nad Nuit Bouffe również nieźle mnie pochłaniała. Przejdźmy jednak do rzeczy...


W podsumowaniu lutego napisałam Wam, że muzyka jest już gotowa. No prawie była... Mam już cała playlistę na komputerze i słucham ją od czasu do czasu. Przez sporą część marca skupiałam się własnie na tym - na muzyce. Sebastien, nasz nadworny kompozytor, przesłał mi 21 kawałków, które sam próbował wkomponować w tekst. Ja niekoniecznie zgadzałam się z jego wersją, więc po prostu poprzestawiałam muzykę tak jak mi to pasuje. Jestem całkiem zadowolona z efektu, ale już wiem, że muzyka trochę się zmieni i że w sumie zabraliśmy się za nią trochę za szybko. Dosyć ciężko było mi wstawić te przerywniki muzyczne, ponieważ nie zaczęliśmy jeszcze prób, a co za tym idzie, ciężko mi było wyobrazić sobie poszczególne sceny z muzyką. Oczywiście, mam swoją koncepcję, ale w praktyce może mi to zupełnie nie wyjść. Jeśli chcecie posłuchać kilku fragmentów tego, co dla Was przygotowujemy, zapraszam Was do odwiedzenia fanage'a Nuit BouffeInstagrama lub Sound Cloud
To jednak nie koniec prac nad muzyką. Dla mnie to jeden z ważniejszych aspektów spektaklu - szczególnie jeśli chodzi o stworzenie szczególnej atmosfery i o wywołanie bardzo konkretnych emocji u widzów. 

9 marca zrobiliśmy pierwszą lekturę sztuki z całą ekipą. Nie mogę tego nazwać próbą, bo lektura była na życzenie Marie Veronique Raban, która wahała się czy aby na pewno chce z nami grać. Na szczęście przyjęła rolę Madame Marguerite. To był też pierwszy raz kiedy mogłam usłyszeć całą trupę razem. Jestem zadowolona z moich wyborów, chociaż, gdybym miała teraz wybierać to odtwórczynie ról Rosy i Loulou zamieniłyby się miejscami. Jeszcze sporo pracy przed nami jeśli chodzi o interpretację i emocje, ale wiem, że będzie dobrze. Jestem dobrej myśli. Chciałam żeby moja ekipa była zgrana i dobrze się rozumiała, dlatego wybrałam osoby, które znały się i lubiły wcześniej. Wierzę, że dobre relacje w trupie przełożą się na dobre relacje na scenie i na lepszą grę. 

Nadszedł również ten wiekopomny moment kiedy w końcu zarejestrowałam moją grupę teatralną. Nie obyło się bez perypetii, które opisałam w oddzielnej notce, bo przez administrację francuską nie da się przecież przejść bez problemów. Ale mówię sobie, że najgorsze już za mną. Teraz już wszystko pójdzie z górki.
Jeśli chodzi o formalności, to musimy tylko załatwić licence d'entrepreneur du spectacle - to takie pozwolenie dyrekcji regionalnej do spraw artystycznych na wystawienie spektaklu, bez którego nie możemy grać. Skompletowałam już wszystkie dokumenty i w poniedziałek wyślę je tam, gdzie trzeba, więc niebawem napiszę o co dokładnie tutaj chodzi i z czym to się je. 

W marcu w teatrze gościłam 3 razy, z czego 2 wyszły totalnie spontanicznie.

1 marca - Inglorious Comedy Club, Apollo Theatre, Paryż
Jeśli czytacie mnie od dłuższego czasu, wiecie, że bardzo lubię komika Verino. Inglorious Comedy Club to swego rodzaju kabareton. W każdy wtorek Verino zaprasza 5 mniej lub bardziej znanych komików, którzy prezentują publiczności swoje najlepsze skecze, a Verino robi za konferansjera. Bardzo zabawnego konferansjera. Pomysł, moim zdaniem, jest bardzo szlachetny, ponieważ możemy poznać nowe twarze francuskiej sceny kabaretowej i zdecydować czy może chcemy potem zobaczyć pełen spektakl danej osoby. Dodatkowo sami oceniamy czy wieczór był warty zachodu czy nie - wejściówka kosztuje 6€ - te 6€ pokrywa koszty wynajęcia sali, a przy wyjściu z sali po spektaklu sami oceniamy wieczór wrzucając do wielkiej miski tyle pieniędzy, ile uważamy za słuszne. 

18 marca - Hemon et Antigone, Theatre du Nord-Ouest, Paryż
Poszłam na to z ciekawości, ponieważ w spektaklu znalazło się sporo moich znajomych z teatru. Jednak przyznam szczerze, że trochę żałuję. Dobrze, że aktorzy byli dobrzy, bo historia jest całkowicie bez polotu. Ot, Antygona wyłożona łopatologicznie. Nie polecam. 

26 marca - Music-hall, Theatre de la Reine Blanche, Paryż
Wyboru tego spektaklu nie żałuję. Nie jest to żaden musical wbrew pozorom! Jest to opowieść, dosyć melancholijna, dawnej gwiazdy music hallu, która opowiada o swoim życiu, przytacza lekko zakurzone wspomnienia. Mimo tej całej melancholii, spektakl, dla mnie, był bardzo pozytywny i wzruszający. No i wielki plus dla Jacquesa Michela - ma w sobie więcej wdzięku niż niejedna kobieta!

Jako, że mój marzec był dosyć zabiegany, to w tym miesiącu postawiłam na krótkie książki, żeby nie zaniedbać mojego wyzwania.

9. Andromaque, Jean Racine. 
Bardzo lubię tę sztukę Racine'a, a szczególnie postać Hermiony (którą, podobno, wszystkie młode aktorki chcą grać). Uważam, że jest dużo lepiej napisana niż słynna Fedra, no i historia również jest bardziej interesująca. 

10. L'amour de Phedre, Sarah Kane
Sarah Kane to dosyć specyficzna autorka i Miłość Fedry wcale nie wyróżnia się na tle jej sztuk. Przeczytałam tę sztukę, żeby móc odnieść się później do spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego, ponieważ Miłość Fedry jest główną osią jego nowego spektaklu. 

11. Manque, Sarah Kane
Tę sztukę również bardzo lubię. Pracowałam nad nią na pierwszym roku teatrologii i zawsze bawiło mnie to ile można wyciągnąć informacji o postaciach z samych dialogów. Za każdym razem, gdy ją czytam, odkrywam coś nowego. 

12. Psychose 4.48, Sarah Kane
Ostatnia, niedokończona sztuka Sarah Kane nie do końca przypadła mi do gustu. Autorka ma bardzo specyficzny styl, jest dosyć brutalna w swoich przekonaniach, ale mimo że lubię brutalne książki, to ta, tak jak kiedyś Medaliony Zofii Nałkowskiej, przyprawiła mnie o mdłości.

13. Le tramway nomme désir, Tennessee Williams
Kto nie zna pięknego filmu z młodym Marlonem Brando? Mimo że książkę miałam w swojej biblioteczce od dawna, to dopiero teraz przeczytałam ją od początku do końca. Już w filmie postać Blanche mnie poruszała, a w książce poruszyła mnie jeszcze bardziej. No ale to nic dziwnego... lubię takie trudne typy. 

W podsumowaniu lutego poleciłam Wam jeden film, więc zrobię to i w tym podsumowaniu. 
Bardzo lubię kanał Golden Moustache, na którym możemy znaleźć różnego rodzaju skecze tworzone przez młode pokolenie aktorów. Od czasu do czasu na kanale Golden Moustache pojawiają się skecze i filmy grupy komików Suricate. Niedawno Suricate zrealizowali swój pierwszy film długometrażowy, Les Dissocies / The Nobodies. Film lekki, przyjemny i przede wszystkim niesamowicie zabawny! Do tego niesie ważne przesłanie... Możecie go obejrzeć na kanale Golden Moustache na YouTube'ie. Nie martwcie się jeśli nie znacie francuskiego - możecie obejrzeć film z polskimi napisami!




A zapomniałabym! Zaczęła się moja ulubiona pora roku - wiosna! Czujecie już ją w powietrzu?
A jaki był Wasz marzec?