lundi 11 avril 2016

Półmetkowe refleksje.

5 miesięcy temu dyrektor teatru Menilmontant dał mi zielone światło na wystawienie Nuit Bouffe na jednej ze scen jego teatru. Pamiętam to spotkanie do tej pory. Trzęsłam się ze strachu jak osika i nie chciałam nigdzie ruszyć się bez mojego asystenta. Stres był ogromny. Jakby od tego zależało moje życie. Jednak mimo wielkiej radości, nie docierało do mnie, że udało mi się zrealizować moje marzenie. Bardziej cieszyłam się z tego, że dyrektor mi zaufał i że nie dał mi na odczepnego 2 czy 3 dat, ale 2 miesiące regularnych przedstawień. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie w co tak naprawdę się wplątałam i jaki ogrom pracy mnie czeka.
A do premiery zostało 5 miesięcy...

Skąd ta nagła świadomość, że żarty się skończyły? 
Przyszła nagle. Kilka dni temu udało mi się zebrać część zespołu by pokazać im salę, w której będziemy grać. To był pierwszy raz kiedy byłam sama, bez Laurent, z moim zespołem. Siłą rzeczy stałam na jego czele, a co za tym idzie dyrektor, kiedy ustalaliśmy przeniesienie premiery z 2 października na 25 września oraz kiedy rezerwowałam salę na próby, zwracał się tylko do mnie. Ja oczywiście, jak papuga, powtarzałam pytania moim robaczkom, a oni mi przytakiwali. Dla mnie to jest zupełnie nowa sytuacja. Nigdy nie byłam super przebojową dziewczyną, która potrafi prowadzić lud na barykady i takie tam... Wtedy uświadomiłam sobie, że tylko ja odpowiadam za mój zespół i żaden asystent mi tu nie pomoże. Muszę po prostu stać się tym motorem napędzającym, motywować ich, dbać o nich i prowadzić ich na te cholerne barykady. Te 2 godziny spędzone w teatrze na ustalaniu dat i na zwiedzaniu sali były bardziej wyczerpujące niż 8 godzin pracy w biurze. Sama wizyta w sali była bardzo przyjemna!  Dyrektor teatru Menilmontant jest jednym z nielicznych dyrektorów, którzy nie zadzierają nosa i nie traktują artystów z góry. 

Tego samego dnia, po powrocie do domu, zajęłam się papierologią. Tak, bo przygotowania do spektaklu to nie tylko próby czy muzyka. To też papiery. Dużo papierów. Tak naprawdę, to pierwszy etap pracy nad spektaklem to tylko papiery. Jak nie rejestracja grupy teatralnej, to licencja, konto w banku, ubezpieczenie, wypełnienie papierów dla teatru, afisze, a w końcu podpisanie kontraktu. 
Tutaj dotarło do mnie ile pieniędzy trzeba włożyć z własnej kieszeni w ten biznes. Samo ubezpieczenie to koszt minimum 70€ rocznie (płacone jednorazowo). Do tego dochodzi wynajem sali na próby. Teatr akurat proponuje nam taryfę ulgową i jest to najtańsza oferta jaką znalazłam - 5€ za godzinę. Tyle, że próba nie może trwać godzinę, a minimum 2. Idealny czas trwania próby to 3 godziny, czyli 15€. Nawet jeśli zostaniemy przy jednej próbie na tydzień, to sala będzie kosztowała 60€ miesięcznie. Do tego kostiumy, wydruk afiszy i ulotek oraz inne popierdółki. Ostatnio kupiłam kryształowe kieliszki za 15€, które posłużą mi do afiszu i do spektaklu. Muszę jeszcze kupić karafkę (kolejne 15€). Wpadłam również na genialny, ale kosztowny pomysł kiedy zobaczyłam, że sala w której będziemy grać dysponuje stolikami - dlaczego by nie zrobić alkoholowego poczęstunku dla publiczności? Szybko jednak zeszłam na ziemię, ponieważ taki poczęstunek przy pełnej sali kosztowałby mnie fortunę. Może jednak ten pomysł da się jeszcze uratować i na tym zarobić. Dowiemy się tego we wrześniu.

Przełożona data premiery też nie jest mi do końca na rękę. Oznacza to, że mamy prawie 2 tygodnie pracy mniej. 25 września to miał być dzień naszej próby generalnej. Próba przesunie się na 20 września. Zapamiętam ten wtorek do końca życia, bo to chyba będzie najdłuższy dzień w moim życiu: montaż świateł od 14 do 16, a następnie próba generalna od 16 do 23. Kto nie lubi maratonów? 

Ogarnięcie zespołu to trochę jak robienie dobrze wszystkim na raz. Nagle trzeba stać się tym, który musi wszystkim dogodzić. Aktorzy to bardzo specyficzna grupa zawodowa. Trzeba im słodzić bez przerwy, żeby czuli się ważni i potrzebni. Jak możecie się domyślić: nie jestem dobra w słodzeniu. 
Chętnie śpieszą z pomocą i z radami, dopóki nie poruszy się kwestii administracyjnych. Przykład? Proszę bardzo: wysyłasz wszystkim smsa z prośbą o podanie dni, w których są dyspozycyjni - dostajesz odpowiedź od wszystkich jeszcze tego samego dnia. Wysyłasz smsa z pytaniem czy moglibyśmy zrzucać się po 10€ miesięcznie na salę - cisza jak makiem zasiał. 

Prowadząc zespół zostaje się też mistrzem dyplomacji. Kiedy z czym się nie zgadzam, nie mówię już nie. Nie zamieniło się w pomyślę o tym albo zastanowię się. Ewentualnie przedyskutujemy to innym razem ze wszystkimi.  Dziewczyny zaproponowały mi rozesłanie zaproszeń do Rad Pracowników różnych firm. Powiedzmy sobie szczerze: zapraszanie Rady Pracowników to tylko puste wypełnianie sali. Nie przynosi to żadnych zysków, a jedynie miło łechta ego aktorów. Dla mnie nie ma w ogóle takiej opcji. Po pierwsze dlatego, że nie możemy wystawiać zaproszeń jeśli ktoś nie jest krytykiem, reżyserem czy dyrektorem teatru/festiwalu. Po drugie dlatego, że nie mam ochoty zapraszać ludzi, którzy nie są zainteresowani moją sztuką i przychodzą tylko dlatego, że dostali bilety. Po trzecie: brak zysków oznacza brak kasy na opłacenie aktorów, brak kasy na ewentualne wynajęcie sali w innym teatrze, no i foch dyrektora. Nie mówię, że mamy od razu zarabiać miliony, ale nie po to zwinęłam żagle z teatru Nord-Ouest, żeby znowu grać za darmo. 
Dziewczyny niestety przycisnęły mnie do ściany swoimi argumentami, ale wiem, że gdybym powiedział im od razu nie, to strzeliłyby focha. Dlatego zastanowię się nad ich propozycją, mimo że wiem już jaka jest moja odpowiedź. 

Przyznam Wam szczerze, że ta odpowiedzialność jest bardzo przytłaczająca. Czuję się mniej-więcej tak jakbym ciągnęła do celu wielki, ciężki bagaż i tylko ode mnie zależy czy uda mi się go dociągnąć do mety czy nie. 
Ot taka półmetkowa refleksja...