lundi 18 avril 2016

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, czyli o przyjaźni za granicą.

Nigdy nie byłam super towarzyską osobą. Jestem raczej typem samotnika, który łazi swoimi ścieżkami. Dlatego też brak całego wianuszka znajomych mnie nie przeszkadza. Nie smucę się, kiedy jakaś znajomość się rozpadnie, nie dbam też o takich zwykłych znajomych (jakkolwiek to egoistycznie zabrzmi). W dodatku jestem bardzo nieśmiałą introwertyczką. Tak, może Wam się to wydać nieprawdopodobne skoro ciągnie mnie na scenę, ale tak jest i nie przeszkadza mi to w wykonywaniu tego zawodu! Jednak, kiedy poznam prawdziwego przyjaciela, potrafię mu nieba uchylić. 




Jak możecie się domyślić - pod względem przyjaźni i innych znajomości, emigracja była dla mnie dosyć łatwa. Nie zostawiałam w Polsce grona dobrych przyjaciół czy znajomych, bo moich dobrych znajomych mogłam wtedy policzyć na palcach jednej ręki. Wiedziałam też, że mój wyjazd mocno zweryfikuje te znajomości, dlatego, podświadomie, nie przywiązywałam do nich większej wagi. Tak było zawsze - nie ważne czy wyjeżdżałam do innego kraju czy przeprowadzałam się do miasta oddalonego o zaledwie 60 kilometrów od Warszawy. Kiedy tylko w grę wchodzi dystans, znajomości i przyjaźnie weryfikują się same. Nie pomyliłam się.

Razem ze mną, do Paryża, przyjechał Ł., dobry znajomy ze studiów. Na początku trzymaliśmy się razem, jednak w miarę jak, zarówno moje jak i jego, grono znajomych z pracy czy z nowych uczelni się rozrastało, nasze spotkania zaczęły się robić coraz rzadsze i rzadsze. Emigracja zmienia ludzi - nawet jeśli nie chcemy się do tego przyznać, to wszyscy się zmieniamy pod wpływem wyjazdu. Nie zdziwiłam się więc, że nasze ścieżki się rozeszły, naturalnie, powoli. Nasze priorytety, sposób życia, a nawet zainteresowania się zmieniły. Dorośliśmy. Taka już kolej rzeczy...
Podobny los spotkał inne moje polskie znajomości, a że, jak już napisałam wyżej, nie przywiązuję wagi do znajomości, to szybko okazało się, że w Polsce została mi tylko jedna przyjaciółka. Może jednak nie powinnam brać jej pod uwagę, ponieważ A. to ta Przyjaciółka po grób, którą, moim zdaniem, każdy powinien mieć. Wiecie... Znacie się jak łyse konie od lat i przeżyliście już chyba wszystko razem. 
Z A. znamy się od 3 klasy podstawówki (czyli, lekką ręką licząc, 17 lat). Do tej pory pamiętam jak w szkolnej ławce obiecałyśmy sobie przyjaźń na zawsze. Miałyśmy swoje wzloty i upadki. Chodziłyśmy razem do podstawówki, a potem do gimnazjum. Zawsze do jednej klasy i zawsze w jednej ławce. Po gimnazjum kontakt urwał nam się na 7 lat (ach, ten dystans!), ale po moim wyjeździe do Paryża dziwnym trafem A. do mnie napisała i od tamtej pory znowu jesteśmy jak papużki nierozłączki. Przetestowałyśmy już chyba wszystkie sposoby kontaktowania się na odległość - maile, listy, Skype, WhatsApp, a kiedy przyjeżdżam do Polski, to spędzamy długie godziny w barach, kawiarniach albo na zakupach i nie możemy się nagadać. Wiem, że mogę powierzyć jej każdy sekret i że zawsze będzie mnie wpierać. Tak samo jak ja ją będę wspierać.

Jeśli zaś chodzi o moje francuskie przyjaźnie, to przysłowie Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. świetnie się tutaj sprawdza. Na początku, zaraz po przyjeździe, moje grono znajomych było bardzo duże. Powiedziałabym nawet, że za duże. Nowa praca, nowa szkoła i wielka potrzeba wmieszania się w tłum. Potrzeba bycia zaakceptowanym. Z czasem, życie zweryfikowało i te znajomości i nie potrzebowało nawet dystansu by to zrobić.
Powiedzmy sobie szczerze - przeprowadzka do innego kraju to skok na głęboką wodę. Nie ma uniwersalnego przepisu na sukces. Nawet jeśli w mniemaniu innych dosyć dobrze sobie poradziłam na początku i nie miałam problemów ze znalezieniem pracy czy mieszkania, to nie ominęły mnie różne kłopoty. Pierwszym z nich był mój wypadek w pracy oraz problemy finansowe, które wynikały z tego wypadku. Nagle znajomi z pracy się wykruszyli, ale za to znalazły się 3 osoby (których nie doceniałam wcześniej), które bardzo mnie wspierały i bardzo pomagały mi w tym czasie. Jak możecie się domyślić, te 3 zostały moimi przyjaciółmi.  Z czasem doszła jeszcze jedna osoba. Pielęgnuję te przyjaźnie, bo warto. Dbam o nich i pomagam. Przez 3 i pół roku pobytu we Francji miałam trochę wzlotów i upadków i ta 4 przyjaciół oraz moja A. zawsze byli przy mnie. I za to jestem im wdzięczna. 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że na początku ciężko było mi przeskoczyć barierę między mną  a Francuzami. Nasz sposób myślenia, mentalność, przyzwyczajenia czy nawet sposób wyrażania poglądów były tak różne, że ciężko nam było się zrozumieć. Z biegiem czasu ta bariera znika, jeśli nauczymy się myśleć tak jak mieszkańcy danego kraju. W moim przypadku bariera zniknęła tylko w kontaktach z mężczyznami - łatwiej jest mi nawiązać znajomość z Francuzem niż z Francuzką. Wszyscy moi 4 przyjaciele to mężczyźni, więc przyjaźń między kobietą a mężczyzną, bez podtekstów, jest możliwa. Dlaczego nie wychodzi mi z dziewczynami? Nie wiem. Wszystkie moje bliższe znajome, kobiety, są Polkami. Może jest coś między nami, Polkami, że wolimy kontakty z rodaczkami?

-----------------------------------------------------------------------

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie o przyjaźni. Wpisy innych blogerek możecie znaleźć na Fan Page'u Klubu.