samedi 14 mai 2016

God save my Assistant!

Dwa pierwsze tygodnie prób do Nuit Bouffe za nami! 
Brzmi to trochę jakbyśmy siedzieli przez cały tydzień po 8 godzin w jakiejś sali i nie robili nic innego. Tymczasem mieliśmy tylko 4 próby po 3 godziny, ale przez te 12 godzin udało nam się przejrzeć cały pierwszy akt i połowę drugiego.
Przyznam Wam szczerze, że chyba zaczynam popadać w pracoholizm, bo Nuit Bouffe zaprząta moje myśli 24 godziny na dobę i nawet po powrocie do domu, kiedy siadam do komputera, zajmuję się raczej pracą nad spektaklem niż rozrywką. Niemniej jednak pracy jest mnóstwo.
Na szczęście nie jestem sama. Dlatego opowiem Wam dzisiaj o osobie, bez której nie dałabym rady pracować.




Laurent Brusset poznałam dokładnie 18 lipca 2013 roku. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze - to był mój pierwszy dzień w pracy po powrocie z urlopu. Pracowałam jeszcze wtedy w Creperie Beaubourg. Rezerwacja na 10 osób na tarasie - zaklepałam ją dla siebie licząc na napiwki. Byłam mile zaskoczona kiedy okazało się, że stolik zarezerwowali stali klienci, których lubiłam obsługiwać. Jako, że miałam w zwyczaju zapamiętywanie zamówień, zrobiłam niezłe wrażenie na grupie - rzadko zdarzają się kelnerzy, którzy zapamiętują zamówienie 10 osób. Wyjawiłam wtedy grupie, że aspiruję do zawodu aktorki. Okazało się, że mam przed sobą grupę teatralną, która właśnie skończyła spektakl. Od słowa do słowa poznałam cały zespół i zostawiłam swój numer oraz maila mojej stałej klientce. Oczywiście była to Nathalie Hamel, która niedługo potem zrekrutowała mnie do swojej grupy teatralnej. I tak zaczęła się moja teatralna przygoda...
Laurent był wtedy asystentem Nathalie. Grał też sporo w innych spektaklach i jako pierwszy zainteresował się moim projektem. Co prawda, trochę nam to zajęło zanim wzięliśmy się do pracy, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Machina ruszyła pod koniec stycznia 2014 roku i od pierwszego spotkania na kawie, kiedy rozmawialiśmy o poprawkach w tekście, wiedziałam, że on musi doprowadzić to wszystko ze mną do końca.
Nad samym tekstem Nuit Bouffe pracowaliśmy przez ponad półtora roku. Laurent już wcześniej sam wystawił napisaną przez siebie sztukę, Les bons présages de la lune, dlatego też służył mi bardzo cennymi radami, dzięki którym Nuit Bouffe wygląda teraz tak, a nie inaczej.
Siłą rzeczy znalazł się również w obsadzie, podczas publicznej lektury 30 września 2014 roku. Do tej pory pamiętam tamtą lekturę, kiedy czasami zerkałam na Laurent czytając swój tekst i nie widziałam mojego kolegi w teatru, ale Luciena - rolę, którą grał. Od tamtej pory nie wyobrażałam sobie nikogo innego w tej właśnie roli.

Laurent podczas lektury Nuit Bouffe.
Praca nad spektaklem szła dosyć powoli i opornie od momentu lektury. Nie jestem tutaj bez winy, bo nieźle się ociągałam z różnymi sprawami. W końcu udało nam się zebrać obojgu i ogarnąć się na tyle, że doprowadziliśmy do podpisania kontaktu z teatrem Menilmontant. Przyznam, że był to dla mnie mocny kopniak w tyłek, ponieważ wiedziałam, że żarty się skończyły i trzeba wziąć się do roboty. Jestem jednak bardzo typową prokrastynatorką - odkładam absolutnie wszystko na później. ;) Laurent nie zwleka tak bardzo z działaniem jak ja, ale obydwoje mieliśmy mnóstwo rzeczy na głowie, więc praca przeciągała się z miesiąca na miesiąc. Kiedy w końcu udało nam się zebrać cały zespół, a do tego ustaliliśmy datę pierwszej próby, Laurent postanowił wziąć mnie w obroty. 

Kiedy ja szarpałam się z administracją, on myślał o spektaklu i bardzo skrupulatnie notował absolutnie wszystko to, nad czym trzeba pracować. Któregoś dnia, przed pierwszą kwietniową próbą, spotkaliśmy się na kawie w kawiarni Canon przy metrze Tolbiac. Teoretycznie mieliśmy tylko omówić parę spraw. W praktyce było to regularne przesłuchanie, podczas którego wykorzystałam wszystkie sto rodzajów uśmiechu, żeby ukryć mój brak pracy. Jednocześnie byłam wdzięczna Laurent, że pomyślał o wielu rzeczach, o których ja bym nie pomyślała. To mój pierwszy poważny projekt, którym kieruję i w dalszym ciągu odkrywam, co jest ważne, a co nie. Laurent bardzo mi w tej kwestii pomaga. Asystuje mi nie tylko na próbach, ale również w innych sprawach związanych ze spektaklem. Tworzymy ten projekt razem. 

Od czasu pierwszego przesłuchania, zdarzyło nam się jeszcze kilka razy zasiedzieć w kawiarni Canon i omawiać szczegóły spektaklu. Tym razem byłam lepiej przygotowana, dlatego co raz sprawniej udaje nam się dojść do porozumienia. Co prawda, te spotkania nadal przypominają bardziej przesłuchanie niż rozmowę, ale koniec końców ustalamy dosyć ważne rzeczy jeśli chodzi o reżyserię spektaklu, dzięki czemu zaoszczędzamy sporo czasu na próbach. 
Od mniej-więcej połowy kwietnia, nie było też praktycznie jednego dnia, kiedy nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Czy to za pomocą smsów, maili czy telefonów - kontakt jest zawsze. Telefony to w ogóle oddzielna historia. Dzień bez długiej rozmowy o spektaklu to dzień stracony. Przetestowaliśmy już chyba wszystkie możliwe pory i warianty: rozmowy po północy, budzenie mnie telefonem o 9 rano w niedzielę (Laurent, w przeciwieństwie do mnie, jest rannym ptaszkiem), w pracy, w ciągu dnia, przed pracą, przed próbą, po próbie... Do tego pierdyliard wiadomości na poczcie głosowej. Laurent nie zwraca już nawet uwagi na moje powitanie na poczcie głosowej, które wcześniej bardzo go śmieszyło za każdym razem, gdy je słyszał (Nagrywałam to powitanie będąc zakatarzona, więc zamiast Je ne peux pas vous répondre maintenant. - Nie mogę teraz odebrać, większość moich rozmówców słyszy Je ne veux pas vous répondre maintenant. - Nie chce mi się teraz odebrać.). 

Próby to jednak czas dla mnie. Laurent udziela się stosunkowo rzadko. Po pierwsze dlatego, że zazwyczaj jest na scenie. Po drugie dlatego, że mimo wszystko to jest mój spektakl. A po trzecie dlatego, że przez większość czasu się ze mną zgadza. Jeśli jednak brakuje mi pomysłów, to proponuje swoje rozwiązania. Widzę jednak, porównując pierwszą próbę do ostatniej, że o ile na początku bardzo mnie asekurował w tym, co proponowałam aktorom, to teraz daje mi rozwinąć skrzydła. Czuję jednak, że stoi za mną murem i nie da mi spaść. Ja też czuję się o wiele pewniej, bo widzę, że Nuit Bouffe nabiera kształtu. 
Nie zmienia to jednak faktu, że Laurent wyręcza mnie w papierkowej robocie. Zazwyczaj to on wysyła maile do zespołu z różnymi mniej lub bardziej ważnymi informacjami, czuwa nad tym, by każdy mu odpowiedział i by podjąć wspólnie różne decyzje jak najszybciej. Oczywiście mogłabym się tym zająć osobiście, ale znając mnie, trochę by mi to zajęło zanim wysłałabym te wszystkie maile. ;)

Jedną z licznych zalet Laurent jest też to, że doskonale potrafi wyczuć mój nastrój. Wie, że zdarza mi się wpadać w panikę, kiedy widzę piętrzącą się górę rzeczy do zrobienia, więc nauczył się wyłapywać ten moment kiedy jeszcze nie panikuję, ale jestem coraz bliżej załamania nerwowego. Wtedy podrzuca mi mnóstwo rozwiązań, które mają mnie uspokoić. Wie też, że nienawidzę kiedy ktoś mi przerywa lub kiedy ktoś gada razem ze mną, szczególnie kiedy mam ważne rzeczy do przekazania. Dlatego też potrafi wyłapać w moim spojrzeniu (!) moment, w którym widać, że ciśnienie mi się podnosi i w ten sposób zapobiec tragedii. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, bo odkąd pracuję nad tym spektaklem, jestem bardziej zestresowana. Żeby nie powiedzieć, że jestem chodzącym kłębkiem nerwów. Mój asystent nie pomaga mi się odstresować, bo praktycznie bez przerwy przyciska mnie do ściany i żąda natychmiastowych odpowiedzi, ale potrafi mnie uspokoić, kiedy jestem bliska wybuchu. Presja, jaką na mnie nakłada, jest ogromna i czasami mnie przerasta, a wtedy każda pierdoła może okazać się punktem zapalnym.
Jak już napisałam wyżej - prokrastynacja to moje drugie imię, w związku z czym jestem dosyć wyrozumiała w stosunku do innych i nie widzę specjalnego problemu w tym, żeby dać komuś więcej czasu na dokończenie muzyki czy naukę tekstu.
Laurent uwielbia jednak mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, dlatego, kiedy zwlekam z przyspieszeniem pewnych rzeczy, przypomina mi o tym do momentu aż zacznie mnie to drażnić i w końcu to zrobię. Przykład? Proszę bardzo. Sebastien Pruneta, nasz nadworny kompozytor, ma nagrać 2 linie melodyczne do piosenek śpiewanych przez główną bohaterkę. Ja osobiście nie widzę problemu w tym, żeby te 2 piosenki były gotowe pod koniec czerwca czy nawet w lipcu. Laurent za to molestuje mnie już dobre 2 tygodnie, żebym pogadała z Sebastianem, żeby ten dał nam konkretny termin, najlepiej pod koniec maja, kiedy te piosenki będą gotowe. I nie, Laurent nie może do niego napisać sam, ponieważ to ja jestem reżyserem, a on mi tylko podpowiada. Wczoraj nerwy mi trochę puściły, więc napisałam do Sebastiana z tymże pytaniem, a że pod wpływem presji, robię się niemiła, Sebastien od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Oczywiście doszliśmy do względnego porozumienia, ale nie obeszło się bez tłumaczeń i przeprosin.
Nie mam jednak o to żalu do Laurent, bo wiem, że robi to dla dobra spektaklu.

Wiem również, że gdybym nie miała Laurent przy sobie, to Nuit Bouffe nie miałoby szansy by być tak dobrym spektaklem na jaki się zapowiada. Ja, póki co, jestem bardzo zadowolona z tego, co się powoli wykluwa na scenie i jestem pewna, że moja sztuka Wam się spodoba. Jednak, kiedy zasiądziecie na widowni, pomyślcie, że nie doszłabym do tego, gdyby ktoś nie stał za mną murem.