mercredi 15 juin 2016

Love is in the air

Trochę ponad miesiąc od rozpoczęcia prób do Nuit Bouffe, stało się to, czego się obawiałam. W zespole narodził się pierwszy romans. Nie żeby mnie to dziwiło... Rzadko zdarzają się zespoły, w których nie tworzą się pary podczas pracy nad spektaklem. Przyznam jednak, że miałam nadzieję, że Compagnie De l'Autre Cote akurat to ominie.
Kim są moje dwa gołąbeczki? Jak na złość, jest to Marie i Laurent, czyli odtwórcy głównych ról. Gorzej już chyba być nie może! 

A nie! Przepraszam! Może być gorzej. Przecież mogą się rozstać!
Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam ich oboje i życzę im jak najlepiej. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że jestem zaskoczona. Tak naprawdę przeczuwałam, co się święci już od pierwszej próby. Niecałe dwa tygodnie temu, byłam już pewna, że prędzej czy później będę miała zakochaną parę w zespole. Miałam tylko nadzieję, że to wszystko nastąpi później. 
Tymczasem, moje gołąbeczki prowadzają się razem oficjalnie od ubiegłego piątku. Ja dowiedziałam się o wszystkim w sobotę. Całkiem przypadkiem. Towarzyszyłam Marie na sesji zdjęciowej do nowej wersji afisza. Pomagałam jej zapiąć gorset i pas do pończoch, kiedy ona rzuciła niedbale: Krótko spałam dziś w nocy. Odpowiedziałam jej żartem, tak jak zwykle sobie odpowiadamy na takie wyznania (my ciągle żartujemy albo łapiemy się za słówka): Co... Byłaś z Laurent? Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś pobladł w takim tempie. A ja się poczułam jakbym właśnie usiadła na bombie zegarowej.

Na szczęście, zarówno Marie jak i Laurent nie chcieli mnie okłamywać ani się ukrywać. Jestem im wdzięczna za to, że postanowili grać ze mną w otwarte karty. Bali się tylko mojej reakcji, chociaż nie było czego. Cieszę się ich szczęściem i tyle. Wzruszyła mnie też lojalność Laurent wobec mnie - kiedy rozmawiałam z nim na ostatniej próbie, przyznał, że chciał oszczędzić mi tego strachu i planował podejść Marie dopiero po zakończeniu spektaklu, tzn. w listopadzie. Wyszło jak wyszło, ale obiecał, że dołoży wszelkich starań żebym nie musiała się denerwować.
Boję się jednak, że się rozstaną, pokłócą czy zrobią inną głupotę, przez którą przestaną się dogadywać zanim skończymy grać. Dlatego bardzo ostrożnie podchodzę do ich romansu. Nie jest mi on na rękę, bo jeśli ich relacje się pogorszą, to odbije się to na sztuce. Możecie mi wierzyć lub nie, ale łatwo można zauważyć na scenie czy aktorzy dogadują się ze sobą czy nie. 
Oczywiście, skoro oni potrafili być ze mną szczerzy, to i ja podzieliłam się z nimi moimi obawami. Bardzo chciałabym wierzyć w ich zapewnienia, że w razie czego, będą potrafili zachować się jak na dorosłych ludzi, a także profesjonalistów, przystało. Jednak moim zdaniem, ich relacje po ewentualnym rozstaniu, nie są kwestią dojrzałości czy profesjonalizmu, a siły. 
Ja, na przykład, znam się na tyle dobrze, że wiem, że nie mam tej siły i choćbym była nie wiem jak profesjonalna w tym, co robię, to i tak będzie widać, jeśli z kimś się pokłóciłam czy coś jest nie tak. Dlatego też unikam romansów z facetami, z którymi pracuję czy studiuję. Marie wydaje się być silniejsza ode mnie, więc o nią jestem dziwnie spokojna. Sprawa ma się jednak gorzej, jeśli chodzi o mojego asystenta. Do tej pory pamiętam jak dwa lata temu przeżywał rozstanie ze swoją dziewczyną. Szarpałam się z nim okrutnie, bo akurat dziewczyna postanowiła go zostawić na 2 miesiące przed lekturą Nuit Bouffe. Dochodził do siebie przez jakieś 3 miesiące. 
Oczywiście, nie mam zamiaru nic im zabraniać, nakazywać ani nic w tym stylu. Cały mój zespół jest dla mnie jak rodzina czy rodzeństwo, więc będę ich wspierać mimo wszystko.
A że mam więcej stresu przez to... Co tam! Będę sobie dalej siedziała na tej bombie i modliła się, żeby nie wybuchła przed 20 listopada.