mercredi 1 juin 2016

Próby, próby...

To był maj... Pachniała Saska Kępa... 
A może Ogród Luksemburski? Okolice placu Gambetta albo placu Republiki? Lub inna część Paryża, przez którą przetoczyły się próby do Nuit Bouffe? Nieważne. W każdym razie maj już za nami, a ja ze łzami w oczach wspominam, że przecież nie tak dawno był styczeń. Nie wiem, gdzie podziały się te wszystkie dni. 
Wiem za to, że w maju wypiłam hektolitry kawy. I to nie dlatego, że smak kawy lubię. Po prostu byłam tak zmęczona i niewyspana, że za każdym razem kiedy robiłam sobie w pracy podwójne espresso używając do tego mocnej kawy (corsé), marzyłam o kroplówce z porządną dawką kofeiny, która od razu postawiłaby mnie na nogi. A takich kaw piłam 3 dziennie. Oczywiście, nie polubiłam smaku kawy i nadal toleruję tylko kawę z mlekiem, ale jak się nie ma co się lubi... jak jestem śpiąca to wszystko wypiję. 
Powodem tego chronicznego zmęczenia była oczywiście praca (ta zarobkowa i ta wokół spektaklu) oraz próby. Wychodziło na to, że codziennie pracowałam od 12 do 14 godzin - w tym 8 za biurkiem, a resztę na próbach albo przed komputerem/na telefonie/nad tekstem. W ten sposób udało mi się docenić piątki i znienawidzić poniedziałki, co było dla mnie swoistą nowością, bo zazwyczaj miałam 3 lub 4-dniowe weekendy. Teraz cieszę się jak dziecko na myśl o piątku, po czym padam zmęczona około 2 w nocy i nie ruszam się z łóżka do godziny 14 w sobotę. To był pierwszy tak intensywny miesiąc od dawna, a przy okazji pierwszy miesiąc prób do Nuit Bouffe

Do premiery Nuit Bouffe zostało 117 dni, a to oznacza, że w czerwcu czeka nas studniówka.
Im bliżej premiery, tym bardziej mam ochotę panikować i tym częściej powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze. Mam gorsze huśtawki nastrojów niż kobieta w ciąży i przypuszczam, że dla wielu osób zrobiłam się ostatnio nieznośna. Stres jest jednak coraz większy i powoli mnie wykańcza, tym bardziej kiedy widzę, że lista rzeczy do zrobienia wcale się nie kurczy. Mogę teraz powiedzieć, z ręką na sercu, że matura, sesje na studiach, rozmowy o pracę i każda inna stresująca sytuacja to pikuś w porównaniu z produkcją spektaklu. Serio. 

Próby do spektaklu ruszyły 5 maja o 10 rano w mieszkaniu mamy mojego asystenta. Oczywiście nie obyło się bez spóźnień, ale mniejsza o to. Udało nam się popracować nad wszystkimi zaplanowanymi scenami i w dodatku mieliśmy całkiem dobre tempo - 6 scen w półtorej godziny, a do tego godzina na sprawy organizacyjne. O 13 mogliśmy już korzystać z jednego z pierwszych ciepłych majowych dni. Mieszkanie mamy Laurent znajduje się przy bulwarze du Temple, co uznałam za dobry znak. Wszak bulwar du Temple był kiedyś słynnym bulwarem Zbrodni, wzdłuż którego ciągnęły się teatry grające melodramaty. Chyba nie ma lepszego miejsca by zacząć prace nad spektaklem. 
Łącznie w maju mieliśmy 9 prób po 3 godziny, co daje 27 godzin pracy nad spektaklem (+ oczywiście pierdyliard godzin pracy w domu). Ani razu nie miałam całego zespołu razem, ale praca małymi grupkami okazała się całkiem efektywna - udało nam się zobaczyć chociaż raz wszystkie 11 scen pierwszego aktu i 14 (na 17) scen drugiego aktu, co uważam za całkiem niezły wynik. Najwięcej czasu spędziłam z Laurent i Marie, którzy grają główne role. Siłą rzeczy większość ich scen jest już gotowa - tylko 2 sceny końcowe (i najtrudniejsze) wymagają dopracowania, ale myślę, że już 1 czerwca (bo wtedy będę ich miała na wyłączność) odhaczę i to. Pozostaje mi tylko szlifować to, co już zrobiliśmy. 
Laurent i Marie to duet wybuchowy - już na pierwszej próbie pokazali mi, że ich nie doceniłam. Przed rozpoczęciem prób, bałam się, że będę musiała przeforsować niektóre pomysły, szczególnie te, dotyczące scen łóżkowych. Teraz boję się, że spektakl będzie dozwolony od 16 lat. Przez kilka pierwszych prób zbierałam szczękę z podłogi. Są jednak pewne aspekty, nad którymi nie przestanę pracować chyba do premiery. Marie zbyt twardo stąpa po ziemi, co odbija się w jej grze - przez długi czas zastanawiałam się jak nią pokierować, żebym w końcu zobaczyła w niej kruchą, niewinną dziewczynę z prowincji. W końcu, z pomocą Laurent, udało mi się znaleźć złoty środek. Wcześniej jej zmysłowość była na równi ze zmysłowością homoseksualnego kierowcy tira (sensualité d'un camioneur pédé - taka mini anegdotka z próby), jeśli wiecie, co mam na myśli. Z kolei u Laurent potwierdza się to, co wcześniej mi o nim mówiono - świetnie gra głosem, ale trzeba popracować nad jego ciałem. Zazwyczaj to jemu poświęcam najwięcej czasu na próbach. Po pierwsze, dlatego, że gra główną rolę, która jest dla mnie cholernie ważna. Po drugie, dlatego, że nie potrafi pozbyć się niektórych gestów. Ustalimy coś na jednej próbie, na drugiej już o tym nie pamięta, a ja odgrażam się, że utnę mu ręce jeśli jeszcze raz schowa je za siebie lub zaciśnie pięści. Fakt, że Laurent jest dosyć nieśmiałym i niezbyt pewnym siebie facetem, a to odbija się w jego gestach na scenie - już po ułożeniu jego dłoni widzę, kiedy nie czuje się zbyt pewnie, ale na scenie musi przejść samego siebie. Na szczęście, wiem, że nie jestem sama w walce o gesty - inny reżyser, którego nie znam, a który pracuje z Laurent, powiedział mu dokładnie to samo, co ja. 
Jeśli chodzi o resztę zespołu, to nie widziałam ich zbyt często, niestety. Marie Veronique przygotowywała swój spektakl, więc na próbie zobaczyłam ją dopiero pod koniec maja. Na szczęście jest to bardzo profesjonalna aktorka, więc praca z nią to czysta przyjemność. Dużo dyskutujemy o jej roli, a ona to wszystko pokazuje w grze. 
Lise jest mniej profesjonalna, a w duecie z Marie mam wrażenie, że pracuję z dwiema nastolatkami, które nie mogą przestać nawijać, ale jak już ją biorę w obroty, to jakoś to idzie. Trochę opornie, ale zawsze do przodu. 
Najwięcej problemów mam z Jean-Luciem. Fakt, że on akurat ma najmniej doświadczenia z nas wszystkich, a rola jest dosyć trudna. Do tej pory, mam jednak wrażenie, że ciężko mu przychodzi wyobrażenie sobie sceny, scenografii i tego jak się poruszać w tej, dosyć trudnej przestrzeni. 
Jeśli zaś o mnie chodzi, to próby okazały się dla mnie niezwykłym wysiłkiem psychicznym. Fizycznym też, ale o tym później. Niby moja rola ogranicza się do posadzenia tyłka na krześle/w fotelu/na podłodze i oglądania, ale tak naprawdę moja spostrzegawczość i skupienie są na najwyższych poziomach. Staram się wyłapać każdy, nawet najmniejszy detal, który trzeba zmienić, żeby zaoszczędzić trochę czasu i pracy i poprawić wszystko jednocześnie, dopiąć scenę jak najszybciej i przejść do następnej. Jeśli coś mi umyka, to oznacza to tylko jedno lub kilka powtórzeń więcej. Ciągle analizuję. Wszystko. Głos, gesty, tekst, przemieszczanie się na scenie, powiązanie tej sceny z poprzednią i następną. Wszystko ma być jedną, doskonałą całością, a żeby stworzyć tą całość potrzeba wiecznej analizy. No i oczywiście trochę estetyki - nie przepuszczę czegoś, co mi się nie podoba. Przy okazji dużo gadam - staram się jak najdokładniej wytłumaczyć moim aktorom, czego od nich oczekuję. Tłumaczę również moją wizję danej postaci, tego, jak ja widzę jej zachowania i to, dlaczego zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej. 
Próby są też wysiłkiem fizycznym dla mnie. Ile ja się przysiadów narobię! Przy okazji, dowiedziałam się, że tańczę na scenie, kiedy pokazuję jakąś sekwencję ruchów albo kiedy coś tłumaczę. Może kiedyś nagramy próby to Wam pokażę. ;) No chyba, że mieszkacie w Paryżu - możecie zawsze wpaść do Ogrodu Luksemburskiego i obejrzeć próbę na żywo. 
Co prawda, nie przesiadujemy zbyt często w Ogrodzie Luksemburskim, chociaż bardzo lubię to miejsce. Tułamy się od sali w teatrze, do mieszkania mamy Laurent, czasami do Ogrodu, a jak pada to do piwnicy sklepu. Z wynajmem sali jest ciężko - drogo i często terminy, które nas interesują są już zaklepane. Zrobiliśmy błąd na początku maja, ponieważ kiedy było ciepło, zamknęliśmy się w sali. Zachęciło nas to, do prób na dworze, ale wtedy przyszło ochłodzenie i deszcz. Niemniej jednak, zdarzyło nam się zrobić próbę w altanie w Ogrodzie Luksemburskim kiedy padał deszcz.
W ostatnich dniach maja, pracowaliśmy nad scenografią. Zarezerwowaliśmy salę w teatrze na kilka godzin, znieśliśmy (w deszczu) wszystkie graty z kaplicy i gdybaliśmy jak to zrobić, żeby było dobrze. Mierzyliśmy, przestawialiśmy, aż w końcu doszliśmy trochę do ładu i składu, a moja lista rzeczy do zrobienia wydłużyła się o kolejną listę popierdółek, które muszę znaleźć żeby to wszystko trzymało się kupy. Moje mieszkanie coraz bardziej zaczyna przypominać graciarnię, bo zaczynam znosić wszystko, co jest nam potrzebne do spektaklu. W kwietniu było to pudło z kieliszkami, w maju kryształowa karafka, dwie walizki (w tym jedna, autentyczna z lat 30) oraz telefon. Do tej pory wszystkie rekwizyty znajduję na Le Bon Coin - prawdziwa kopalnia skarbów za bezcen (jedynym minusem jest to, że czasami trzeba objechać pół regionu, żeby odebrać upatrzoną rzecz). Spakowałam również część kostiumów do mojej prywatnej walizki, żeby mieć je zawsze pod ręką i w jednym miejscu, kiedy będziemy ich potrzebować. Na dniach wybieram się z Laurent na rundkę po lumpeksach, żeby uzupełnić zapas kostiumów.

Cieszę się, że pracujemy nad tym spektaklem w tym, a nie innym składzie. Odkąd zaczęliśmy próby, spędzamy dosyć dużo czasu ze sobą również przed i po próbach, co oczywiście bardzo pozytywnie wpływa na nasze relacje. Mniej pozytywnie odczuwa to nasz portfel, ponieważ zazwyczaj wypady na piwo kończą się kolacją w barze, w którym aktualnie się znajdujemy (a te do najtańszych nie należą). Czasami też wpadamy do kogoś do domu z butelką wina/piwa i tam odsiadujemy kilka godzin na rozmowach i śmiechach. Bardzo chciałam, żeby właśnie taka rodzinna, przyjazna atmosfera panowała w zespole i mam nadzieję, że tak już zostanie do końca, a nawet jeszcze dłużej. Niestety, zazwyczaj robimy to na początku albo w środku tygodnia, co nie jest najlepszym pomysłem (stąd te hektolitry kawy...), ale póki jesteśmy młodzi, to czemu nie?
Laurent chciałby żebym bardziej pokazywała swój autorytet jako reżyser, bo boi się, że dam sobie wejść na głowę. Uważa, że powinnam tupnąć nogą i powiedzieć jasno i wyraźnie, że to ja tutaj rządzę. Ja uważam, że nie jest to konieczne. Mój zespół doskonale wie, że to ja o wszystkim decyduję. Nie muszę im o tym przypominać. Chcę również, żeby wszyscy mieli poczucie, że ten projekt należy do nas wszystkich i żeby każdy wniósł do tej sztuki coś od siebie. Zauważyłam, że aktorzy lepiej pracują, kiedy czują się ważni i kiedy czują, że liczę się z ich zdaniem, a jak inaczej mogę im udowodnić jak bardzo mi na nich zależy, jeśli nie poprzez ich własny wkład w Nuit Bouffe?

Ten pierwszy miesiąc był bardzo wyczerpujący. Brak czasu, snu, ograniczona aktywność w internecie, brak kontaktu ze znajomymi mocno odbijają się na moim życiu codziennym, ale nic nie jest w stanie mi zastąpić tego uczucia kiedy siadam na krześle i przez 3 godziny oglądam najpiękniejszy spektakl w moim życiu. I nie chodzi tu o to, co napisałam. Nie chodzi o Nuit Bouffe samą w sobie. Prawdziwa sztuka, ta najpiękniejsza, kryje się w gestach, uśmiechach, uwagach i spojrzeniach aktorów. Kiedy oni wchodzą na scenę, nawet jeśli za scenę służy nam wysłużony parkiet paryskiego mieszkania, to wtedy zaczyna działaś magia.