dimanche 10 juillet 2016

Avoir le feu dans le ventre.

Premiery Nuit Bouffe nie będzie.
Aż mam ciarki kiedy piszę to zdanie. Ale jak mówią Francuzi: ce qui est fait, est fait.
Przed chwilą przeczytałam relację z pierwszego miesiąca prób do spektaklu i nie mogę uwierzyć jak wiele się zmieniło przez raptem 30 dni. Nawet mniej, bo czerwiec zaczęliśmy w dobrych nastrojach, a potem coś się popieprzyło.
Tak więc premiery nie będzie. A przynajmniej nie we wrześniu. Trzeba będzie poczekać do kwietnia 2017. Tylko 9 miesięcy więcej.

Jak już wyżej wspomniałam - czerwiec zaczęliśmy w dobrych nastrojach. Ja w dalszym ciągu byłam zmęczona do granic możliwości i za każdym razem, kiedy myślałam, że już gorzej być nie może, to okazywało się, że jednak nie sięgnęłam jeszcze dna. W dalszym ciągu spędzałam całe dnie w pracy, a wieczory i weekendy na próbach, co mocno odbiło się na moim zdrowiu - nie spałam mimo zmęczenia, migreny regularnie przykuwały mnie do łóżka, więc praca szła w odstawkę i tak w kółko.  Chyba pierwszy raz w życiu straszyłam ludzi sińcami pod oczami.
Próby w dwóch pierwszych tygodniach czerwca zaliczyłam do udanych. Zwolniłam tempo i zaczęłam pracować nad detalami każdej sceny. I pewnie pracowałabym tak dalej, gdyby wszystko nie zaczęło się chrzanić.
Wszystko zaczęło się 9 czerwca. Próba odbywała się w mieszkaniu mamy Laurent przy Placu Republiki. Ot, standardowy wieczór. Zbiórka o 18, a przed nami 3 godziny ciężkiej pracy. Pogoda była cudowna tego dnia, więc po pracy postanowiłam przewietrzyć sobie umysł i na Plac Republiki poszłam na piechotę. Akurat 20 minut spokojnego spaceru. Mimo zmęczenia i całego dnia w biurze, czułam się cudownie. Mój nastrój szlag trafił kiedy na próbę dotarł Jean-Luc. Już od progu powiało od niego chłodem, co zmroziło cały zespół. A potem było już co raz gorzej.
Ja potrafię zrozumieć wszystko - i zmęczenie, i problemy osobiste, i brak czasu, ale to co Jean-Luc odstawiał mi na próbach od pewnego czasu, przechodziło ludzkie pojęcie. Już pominę to, że pojawiał się rzadko, ale jak już się pojawił, to wychodziłam z siebie. Wiecznie niezadowolony, zdekoncentrowany przez wszystko Jean-Luc, chyba ani razu nie zrobił tego, o co go prosiłam. Wiecznie miał o coś pretensje. A to, że jego wejścia i wyjścia są tylko z jednej strony, a to, że musi stać nieruchomo, a to w końcu, że on nie rozumie postaci. Za każdym razem spędzaliśmy z Laurent dobre 20-30 minut na tłumaczeniu mu absolutnie wszystkiego. I na każdej próbie musieliśmy powtarzać mu to samo. Niebywała strata czasu! W końcu zaczęłam puszczać jego uwagi mimo uszu, bo nie miałam już cierpliwości ani siły do tego, by tłumaczyć mu, że jego rola, Frederic, to właściciel kabaretu, który nie ma żadnych skrupułów ani sentymentów, ani tym bardziej nie jest jakiś tam zraniony, ani nie jest frustratem, nie jest zakochany z Rosie i gówno go obchodzi czy Rosa miała z nim orgazm czy nie (tak, o to też się burzył). To czysty czarny charakter i koniec. Kropka. Nie docierało. Jean-Luc zauważył jedynie, że cały zespół miał dosyć jego narzekania i że ja byłam już nieźle wkurzona. A to nie był jeszcze koniec problemów.
Na kolejnej próbie, tydzień później, zauważyłam, że oprócz Jean-Luca mam jeszcze jeden problem. Marie i Lise - dziewczyny, o których pisałam, że są jak dwie nastolatki - zaczęły coś kombinować. Przypuszczam, że wielu z Was było kiedyś w podobnej, niezręcznej sytuacji. Siedzicie ze znajomymi i w pewnym momencie zdajecie sobie sprawę, że wypadliście z dyskusji, bo dwie czy trzy osoby zaczęły rozmawiać o czymś, co Was niekoniecznie dotyczy. Że te osoby działają w obwodzie zamkniętym. Tyle, że w moim przypadku, Lise i Marie rozmawiały o tym, co one ustaliły jeśli chodzi o Nuit Bouffe. Jakby mnie tam w ogóle nie było i jakbym to nie ja reżyserowała tę sztukę. Strasznie mnie to ubodło i zaprzątało moje myśli cały dzień. Po długiej rozmowie ze znajomym przez telefon, postanowiłam, że przyszedł właśnie moment, w którym trzeba tupnąć nogą i postawić towarzystwo do pionu.
Następnego dnia, kiedy wszyscy zebrali się w końcu w sali, powiedziałam im, co mi leży na sercu, zaznaczając, że chcę, żeby wszystkie propozycje i pomysły dotyczące spektaklu były konsultowane ze mną. Nieważne jak i o jakiej porze - wszystko ma przejść przeze mnie. Efekt? Odwrotny do zamierzonego. Dziewczyny się oburzyły, Laurent, który wcześniej chciał, żebym tupnęła nogą, też się oburzył. A Jean-Luc jak zwykle nie zrozumiał, przez co spędziliśmy godzinę na słuchaniu jego wywodów. Kiedy w końcu udało mi się zebrać wszystkich do kupy i zacząć próbę, zauważyłam, że Jean-Luc mnie nie słucha kiedy objaśniałam przejście pomiędzy jednymi z kluczowych scen spektaklu. Pomyślałam, że ja jeszcze raz mi powie, że nie rozumie, to wybuchnę.
5 minut później, wybuchłam. Ja z natury jestem bardzo spokojną osobą. Jeśli już się denerwuję i opieprzam kogoś od góry do dołu, to znaczy, że sobie na to zasłużył. A on, zamiast pójść po rozum do głowy, jeszcze dolewał oliwy do ognia mówiąc, że po co kazałam mu przyjść skoro będzie grał niemą scenę, że teatr to tylko tekst i jeszcze parę innych dyrdymałów. Pierwszy raz w moim życiu kazałam komuś wyjść z sali. Niestety tego nie zrobił. A szkoda, bo sprawa szybciej by się rozwiązała.
Atmosfera w trupie tąpnęła i to dosyć porządnie.
Kilka dni później spotkałam się z Jean-Luciem z zamiarem podziękowania mu za współpracę. Ten jednak przeprosił za swoje zachowanie, przyznał mi racje i poprosił o jeszcze jedną szansę.  Zgodziłam się, ale postawiłam jeden warunek: jeszcze jeden foch na próbie i wylatuje. Następne 2 próby były po prostu idealne. 
A potem przyszedł ostatni tydzień czerwca i sms od Marie Veronique, w którym poinformowała mnie, że zastanawia się nad porzuceniem projektu ze względu na atmosferę w zespole i chaos na próbach. Natychmiast odwołałam zaplanowaną na ten dzień próbę i ściągnęłam Laurent do Cafe Canon, żeby omówić sprawę. Niestety, przyszedł z Marie. Mówię niestety, ponieważ uważam, że takie sprawy powinny być omawiane wyłącznie między reżyserem a asystentem, a nie z częścią zespołu. Oczywiście dowiedziałam się, że to wszystko to moja wina, bo jestem zbyt bezpośrednia (tzn. nie słodzę nikomu na zapas) i nie przygotowuję się do prób. Fakt, że nie pracowałam przed próbami tyle, ile bym chciała, ale tekst znam na pamięć. W końcu to ja go napisałam... Podczas tej rozmowy Marie wyszła z propozycją, żebym może poprosiła Lise o pomoc, bo ta podobno ma mnóstwo pomysłów jeśli chodzi o niektóre sceny. Propozycja wydała mi się interesująca. W końcu chodziło tylko o pomoc, a Lise już wcześniej proponowała różne rzeczy, które mniej lub bardziej mi odpowiadały. 
Następnego dnia udało mi się ugłaskać Marie Veronique, która przyznała mi przez telefon, że nie chodziło jej o to czy byłam przygotowana czy nie, ale o zachowanie innych aktorów - rozmowy na boku, fochy Jean-Luca i tak dalej. Nie powiem - triumfowałam kiedy przekazywałam wiadomość Laurent. I zarzekałam się, że może się walić i palić, a premiera odbędzie się 25 września. 
Kolejna próba mocno zweryfikowała moje zdanie. Jean-Luc znowu strzelił focha, przez co Marie i Laurent podnieśli bunt. Dzień przed nagraniami małego making of, stwierdzili, że nie mogą pracować w takich warunkach i że nawet jeśli Jean-Luc miał nie przychodzić na następną próbę, to dla nich nerwy z poprzedniego dnia nie są do przeskoczenia. Może ja jestem jakaś dziwna, ale po mnie konflikty spływają jak po kaczce, pod warunkiem, że powód konfliktu jest nieobecny. Dlatego nie widziałam najmniejszych przeszkód w tym, żeby w czwartek 30 czerwca nakręcić ten making of. Ale stwierdziłam, że mogę im iść na rękę i odwołać próbę, a raczej zmienić ją w generalne posiedzenie, żeby każdy mógł się wypowiedzieć w sprawie Jean-Luca i jego być albo nie być w zespole. Przy okazji miałam porozmawiać z Lise o jej pomysłach. Odwołałam próbę dla Marie Veronique, żeby nie plątać ją w konflikty skoro była już jedną nogą poza projektem. 
W czwartek rano spotkałam się najpierw z Lise. Jaki był mój szok, kiedy usłyszałam z jej ust, że dla niej współpraca czy podawanie pomysłów nie wchodzi w grę! Zaproponowała mi za to, że przejmie reżyserię, bo, i tu cytuję, i tak nikomu nie podoba się to, co ja proponuję, wszyscy chcą odejść, więc tak czy siak, jeśli chcę uratować sztukę, to nie mam za bardzo wyjścia. Kiedy słuchałam jej propozycji, zdawałam sobie sprawę z tego, że w jej wersji Nuit Bouffe nie było w ogóle miejsca dla mnie. Miałam zajmować się tylko papierologią, planningami, rezerwacją sal, no i oczywiście opłacać wszystko z własnej kieszeni. Dodatkowo byłam co raz bardziej wściekła na cały zespół. No bo skoro nic im się nie podobało, to dlaczego do tej pory nie odeszli? Jeśli ja źle się czuję w jakiejś grupie, czy w pracy, czy gdziekolwiek, to po prostu odchodzę, żeby się nie męczyć i nie frustrować. Poczułam się jakby ktoś chciał mi zabrać to, do czego już doszłam. 
Kiedy Marie i Laurent przyszli do sali godzinę później, odpowiedziałam Lise, że się zastanowię nad jej propozycją, ale wiedziałam już, że nie ma nawet takiej opcji, żebym ją zaakceptowała i że moja odmowa wywoła oburzenie. Z kolei Lise, zaczęła roztaczać wizję kolejnych prób jakbym ja już zgodziła się na jej propozycję. Co lepsze, miałam wrażenie, że wszystko zostało ustalone za moimi plecami i że, co gorsza, mój asystent, któremu wystawiłam laurkę jakiś czas temu, popierał ten plan. 
Nie ma nic gorszego dla twórcy, niż to uczucie, że projekt już do niego nie należy. A właśnie tak się czułam słuchając Lise i patrząc na aprobatę ze strony Laurent i Marie. Z sali wyszłam z okropnym bólem głowy i pomysłem, który narodził się w mojej głowie już podczas słuchania propozycji Lise - trzeba zacząć od nowa.
Od nowa - wyrzucić zespół, przełożyć premierę i zacząć całą pracę od początku. To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu, ale z pomocą wielu osób, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest słuszna, ją podjęłam. Dałam sobie kilka dni do namysłu. Przez te kilka dni nie odzywałam się do nikogo z zespołu, co oczywiście wzbudziło podejrzenia. Zadzwoniłam również do teatru, żeby umówić się z dyrektorem, a następnie ogłosiłam moją decyzję Laurent. Miałam cichą nadzieję, że zostawi nowinę dla siebie. Oczywiście pomyliłam się, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak trzeba rozstać się z tym zespołem.
W poniedziałek 4 lipca, przełożyłam datę premiery w teatrze. Dyrektor nie był zdziwiony - nie jesteśmy pierwszą grupą teatralną, która przekłada premierę z powodu konfliktu. Wieczorem, wysłałam maila do zespołu z wiadomością. Postanowiłam nie tłumaczyć się nikomu z tej decyzji - jedyną osobą, która poznała jej powód był Laurent. Uważam, że był to dobry ruch, bo dzięki temu, że nie zawarłam żadnych tłumaczeń, sporo dowiedziałam się o tym, jak tę decyzję postrzega moja trupa, a zwłaszcza papużki-nierozłączki. Człowiek tyle się o sobie dowiaduje w kryzysowych sytuacjach, szczególnie od innych... W tym przypadku nie było inaczej. Powtarzającym się argumentem było to, że nie potrafię przyznać się przed samą sobą, że nie udźwignęłabym projektu, dlatego postanowiłam anulować. Ten argument boli mnie najbardziej. Nie dlatego, że uważam, że jest słuszny (bo nie jest), a dlatego, że jest mi przykro, że ludzie, którym ufałam i z którymi pracowałam kilka miesięcy, nie potrafili zauważyć (już nie mówię o docenianiu czegokolwiek), że wkładałam w Nuit Bouffe mnóstwo serca, pracy, czasu, zdrowia i pieniędzy (bo wszystko finansowałam z własnej pensji). Niestety doba ma tylko 24 godziny, więc nie mogłam może poświęcić niektórym aspektom pracy tyle czasu ile bym chciała biorąc pod uwagę, że cała papierologia była na mojej głowie i nikt nigdy nie zaoferował mi pomocy, ale to nie znaczy, że nie nadrobiłabym straconego czasu i nie wyprowadziłabym projektu na prostą. 
Niestety, nie wyobrażam sobie pracować z ludźmi, którzy próbują odebrać mi to, co jest dla mnie najcenniejsze i którzy nie doceniają tego, co robiłam po cichu, sama. Żal mi patrzeć na te kilka miesięcy pracy, które właśnie obróciły się w pył, ale myślę, że nie miałam innego wyboru. Wyciągnęłam wnioski z tej lekcji i przemyślę je dobitnie przez wakacje. Bo tak, postanowiłam zrobić sobie wakacje i odpocząć od pracy nad spektaklem. Od grudnia nie robię nic innego. Do pracy wrócę we wrześniu. Wtedy też zacznę zbierać nowy zespół. 
Jeden z moich znajomych powiedział mi, że jego znajoma, która również jest aktorką stwierdziła, że mam le feu dans le ventre. Ona nie może pojąć jak to robię, że radzę sobie sama. Ona nie wykonywałaby tego zawodu, gdyby jej mąż nie zarabiał wystarczająco dobrze, a ja jestem biedną studentką, która radzi sobie sama.  Dlatego uważa, że ktoś kto ma ogień w brzuchu, a według niej jestem taką osobą, jest skazany na sukces.
Nie wiem na ile jej przepowiednia się sprawdzi, ale wiem, że się nie poddam. Z tą ekipą czy z inną. W tym roku, za rok, dwa, a może i dziesięć. Sama albo z kimś. Nieważne. Nuit Bouffe będzie miało swoją premierę i ja już zadbam o to, żeby zespół, który właśnie wyleciał pożałował, że nie bierze udziału w tym projekcie. Biorę ten konflikt za dobrą monetę. W końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, nie?