vendredi 8 juillet 2016

Mon mai et juin 2016

Och ja niedobra! Zaniedbałam podsumowanie maja!
Możecie mi wierzyć lub nie, ale bardzo chciałam je napisać. Niestety, zabrakło mi czasu. Dlatego dzisiaj prezentuję Wam podwójne podsumowanie.

Wieża Eiffela w kolorach Polski 25 czerwca. 


Zacznę tradycyjnie od teatru.
W maju, zamiast podsumowania, napisałam długą notkę o moim asystencie i o próbach. Tak naprawdę, to notka o próbach miała być wstępem do podsumowania, ale wyszła tak długa, że postanowiłam zrobić z niej oddzielny wpis. Dlatego w ten sam sposób postąpiłam z raportem z prób z czerwca. Tym bardziej, że do napisania miałam dużo. W skrócie: zostałam zmuszona do przesunięcia premiery spektaklu.
Poniżej znajdziecie wszystkie wpisy na temat prób:
God save my assistant!
Próby, próby....
Avoir le feu dans le ventre

Jeśli zaś chodzi o formalności związane z moją grupą teatralną, to w końcu mogę odetchnąć. Konto w banku jest, licencja na spektakl też. Zarejestrowałam również moją grupę w merostwie, dzięki czemu mogę zapisać się do Maison des Associations i korzystać z ich usług takich jak darmowy wynajem sali na próby. Tym administracyjnym aspektom również poświęcę oddzielny wpis, bo myślę, że warto. Ja musiałam się o wszystko dowiadywać sama i przyznam, że gdyby nie zajęcia na uczelni, to pewnie popełniłabym sporo błędów. W internecie mało jest informacji o tym, jak zarządzać grupą teatralną, jakie mamy przywileje, jak sobie ułatwić życie, do kogo się zwrócić i tak dalej...

Spora część czerwca minęła mi na dosłownym metro-boulot-dodo (metro-robota-spać). Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się, żebym padała spać zaraz po przyjściu z pracy do domu. Aż do teraz. Pierwsza połowa czerwca była dla mnie niezwykle wyczerpująca, więc korzystałam z każdej chwili na odpoczynek. Nawał pracy w biurze, a do tego próby i inne obowiązki odbiły się na moim zdrowiu - słaniałam się na nogach ze zmęczenia, a do tego moje, dotąd bardzo rzadkie, migreny przykuwały mnie regularnie do łóżka.
Zaczęłam więc bardziej dbać o mój styl życia - nigdy tak zdrowo się nie odżywiałam jak teraz. Do tego, żeby trochę wzmocnić organizm, ukoić ból pleców, a przy tym się zrelaksować, zaczęłam uprawiać jogę. I to był strzał w dziesiątkę! Joga bardzo pozytywnie wpływa na mój umysł i ciało. Przy okazji, nie przypuszczałam, że tak szybko zacznie zmieniać moje ciało. Pół godziny albo godzina jogi przed snem i rano jestem jak nowo narodzona, nawet po 14 godzinach pracy i 4 godzinach snu.

Wieczorne seanse jogi. 
W maju i czerwcu wypady do teatru stały się rzadkością - nie tylko ze względu na pracę, ale również przez to, że spora część teatrów powoli zamiera w tym okresie przygotowując się do Festiwalu w Avignonie. Łącznie w maju zaliczyłam 5 spektakli, ale mam już przygotowaną długą listę spektakli, które chcę zobaczyć w przyszłym sezonie. Podzielę się z Wami tą listą za jakiś czas. 

1 maja - Yankov, Teatr Nord-Ouest, Paryż
Spektakl w reżyserii Marie Veronique Raban to monodram na podstawie książki Rachel Hausfater o chłopcu, który przeżył obóz koncentracyjny jako dziecko. Mimo że monodramy są trudne do zagrania, to przy tym nie zauważyłam nawet, że czas upływał. Od początku do końca, śledziłam poczynania aktorki na scenie. Jej gra porwała mnie w świat 11-letniego chłopca.

14 maja - Verino, Apollo Teatr, Paryż
O tym komiku pisałam już kilkakrotnie, więc nie będę się powtarzać. Sam fakt, że wróciłam o czymś świadczy. 

24 maja - Un roi, deux dames, un valet, Teatr Nord-Ouest, Paryż
Z teatrem Nord-Ouest jest taki problem, że ciężko jest trafić tam trafić na dobry spektakl. Dlatego podchodzę z wielką rezerwa do tego, co tam się gra. Marie Veronique Raban jest jednak świetnym reżyserem i jeszcze lepszą aktorką.  Un roi, deux dames, un valet opowiada o tym, jak Madame de Maintenon, druga żona Ludwika XIV, chciała wygnać z Wersalu Madame de Montespan, byłą faworytę króla. Spektakl lekki, dowcipny i zagrany z wielką klasą.

10 czerwca - Love Circus, Folies Bergere, Paryż
Jeden z najlepszych i najpiękniejszych musicali jakie kiedykolwiek widziałam. 
Osobną recenzję możecie przeczytać tutaj.

25 czerwca - Resiste, Palais des Sports, Paryż
Troche ociągałam się z pójściem na musical na podstawie piosenek France Gall. Nie do końca do mnie przemawiał, ale spragniona teatralnych wrażeń, w końcu wylądowałam w długiej kolejce przed Palais des Sports. To był mój pierwszy raz od 4 lat w tej sali i powiem szczerze, że w mojej pamięci wydawała się większa. Sam spektakl spodobał mi się, ale nie powalił na kolana. Jednak ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, że podczas najbardziej znanych hitów France Gall, takich jak La groupie du pianiste czy Si, maman, si, połowa widowni zrywała się na równe nogi i gnała pod scenę żeby tańczyć. Pozostałe piosenki też nie przechodziły obojętnie - jeśli pól sali nie tańczyło pod sceną, to śpiewało chórem razem z artystami. 

Palais des Sports
Niestety w maju i czerwcu zaniedbałam wyzwanie 52 książek w rok. Jestem strasznie zawiedziona z tego powodu, ale nie miałam siły ani czasu żeby czytać. W maju robiłam kilka podejść do jednej z poniższych książek, ale dopiero w czerwcu udało mi się wrócić do w miarę normalnego rytmu. Może uda mi się jeszcze nadrobić w wakacje - czekają mnie w końcu długie podróże pociągiem i samochodem.

18. La Folle Allure, Christian Bobin
Dostałam tę książkę od mojego byłego partnera. Nigdy wcześniej nie znałam tego pisarza ani jego stylu, ani nic. Jednak czytając tę książkę, zrozumiałam, że jest to swoisty pstryczek w nos ze strony mojego byłego. La Folle Allure to historia życia pewnej kobiety, która jest w pełni wolna. Nie znamy jej imienia ani dokładnego wieku. Po prostu poznajemy jej historię, od czasów dzieciństwa do dorosłości i śledzimy jak powoli nabiera wiatru w skrzydła. Ta historia może należeć do każdej kobiety - te, które, tak jak ja, oswoiły już swoją wolność, przejrzą się w tej książce jak w lustrze; a te, które dopiero odkrywają wolność, odkryją ją szybciej lub na nowo. Ja dowiedziałam się z tej książki, że mój były partner znał mnie lepiej niż myślałam. Do tego styl Christiana Bobina jest niezwykle poetycki i relaksujący. Prawdziwa uczta dla umysłu!

19. Dziewczyny z Powstania Warszawskiego, Anna Herbich
Ta książka już od dawna stała na mojej półce, ale jakoś nigdy nie miałam czasu albo nastroju żeby się w nią zagłębić. Jednak kiedy to już uczyniłam, to nie mogłam się od niej oderwać. Temat II Wojny Światowej jest mi niezwykle bliski od zawsze, więc pochłonęłam już tonę książek na ten temat. Może też dlatego powstańcze opowieści nie wyciskają już ze mnie łez. Ta książka jest jednak niezwykła. Nie tylko opowiada o moim rodzinnym mieście, które znam jak własną kieszeń, ale również o życiu przed wojną. Nostalgia z jaką wszystkie 11 kobiet opowiada o swoim życiu przed wojną, jest naprawdę uderzająca. Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że początek II Wojny Światowej  był końcem świata. Końcem pięknej epoki sztuki życia. 

20. Rue de la soie, Regine Deforges
Kilka tygodni temu dowiedziałam się, że jednak z moich ulubionych pisarek, Regine Deforges, zmarła w 2014 roku. Dawno wieść o czyjejś śmierci tak mnie nie zasmuciła. Dlatego postawiłam sobie za cel skończenie cyklu, który uwielbiam od lat oraz przeczytanie innych książek tej autorki. Rue de la soie to piąta część sagi Niebieski Rower. Po II Wojnie Światowej (3 pierwsze części) i tropieniu nazistów w Argentynie (Czarne Tango), Lea Delmas i Francois Tavernier wyruszają na podbój Wietnamu, który chce wyrwać się spod kolonialnej władzy Francji. 


Jeśli zaś chodzi o moje kinowo-serialowe zachwyty, to nie było ich zbyt wiele. 
W maju skończył się 11 sezon jedynego serialu, który śledzę z wielką namiętnością. Chodzi tutaj oczywiście o Supernatural. Dla mnie to był jeden z lepszych sezonów tego serialu i nie mogę się już doczekać na następny.
Innym zachwytem był film Dziewczyna z portretu (Danish girl) opowiadający o pierwszej transseksualnej kobiecie, której zmiana płci z męskiej na żeńską została udokumentowana. Film był niezwykle wzruszający, a do tego piękny - każdy kadr wyglądał jak obraz przeniesiony na ekran. 

Muzyka zajmuje mniej czasu niż oglądanie filmów czy czytanie książek, a przy tym jest niezwykle inspirująca. Dlatego z maju i czerwcu muzyki w moim życiu nie zabrakło. 
W moich codziennych podróżach najczęściej towarzyszył mi Florent Mothe i jego najnowszy singiel Quoi de neuf. Nie jestem wielką fanką electro i mam nadzieję, że jego kolejny album będzie bardziej rockowy, ale skłamałabym mówiąc, że Quoi de neuf mi się nie podoba i nie stawia mnie na nogi w drodze do pracy. 
Inną piosenką, którą słuchałam namiętnie, głównie w czerwcu, było Quand on a que l'amour w wykonaniu Loli Ces. Kiedy usłyszałam i zobaczyłam tę piosenkę w Love Circus, po prostu przepadłam. Oczywiście znałam ją już wcześniej, jednak to w połączeniu z niezwykłymi akrobacjami Simona Heulle'a, ta piosenka nabrała mocy. Zresztą, zobaczcie sami załączonym filmiku.