mercredi 20 juillet 2016

Studia we Francji. 2

Trzy lata studiów we Francji minęły mi jak z bicza strzelił. Czasami ciężko jest mi w to uwierzyć, bo mam wrażenie, że czas płynie dużo szybciej w porównaniu do moich studiów w Polsce. 
W ubiegłym roku pisałam o moich spostrzeżeniach po dwóch latach studiów na Uniwersytecie Paryskim. Opisywałam tam proces rekrutacji, egzaminy, zajęcia, wykładowców i życie codzienne na paryskiej uczelni. Ten wpis o studiach we Francji cieszył się dużą popularnością, więc postanowiłam kontynuować i podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat ostatniego roku oraz tego, jak zapatruję się na studia magisterskie.





Za każdym razem, kiedy muszę zmierzyć się z administracją mojej uczelni, zastanawiam się czy osoby, które siedzą w sekretariacie/dziekanacie są specjalnie szkolone do tego, żeby jak najbardziej skomplikować życie studentów. O ile na początku mojej studenckiej kariery w Paryżu, byłam zadowolona z działania sekretariatów, o tyle po tym, co przeszłam w ubiegłe wakacje zweryfikowałam moje zdanie na ten temat.
Jeśli narzekacie na panie w polskich dziekanatach, to pocieszcie się myślą, że we Francji jest 100 razy gorzej. Ja, przed następnym starciem z sekretariatem, łyknę valium, wypiję melisę i wezmę ze sobą granat
Wiadomo, że we Francji papierologia jest jedną z bardziej rozwiniętych dziedzin. Ogółem papierów, protokołów i innych dokumentów wypełnia się i składa dużo. Bardzo dużo. Nawet jeśli wszystko i tak jest zarejestrowane we francuskim odpowiedniku USOSa. W ubiegłym roku akademickim, koordynatorka pedagogiczna stwierdziła, że nie chce się jej już wpisywać ocen. Zleciła to naszym wykładowcom. Wiadomo, że wykładowcy to zupełnie inny świat. Oni nie myślą o czymś takim jak przestrzeganie terminów wprowadzania ocen do systemu. Rezultat był taki, że na początku czerwca urządzaliśmy pielgrzymki do sekretariatu, bo brakowało nam ocen, przez co nie wiedzieliśmy czy i które przedmioty trzeba poprawić. Ja miałam to szczęście, że brakowało mi tylko dwóch ocen i wiedziałam, że obydwa przedmioty zaliczyłam. Dlatego też stwierdziłam, że mail do sekretariatu wystarczy. O ile jedną ocenę poprawiono mi dosyć szybko, o drugą musiałam upominać się 3 razy. Jedna pielgrzymka i 2 telefony później, w końcu zobaczyłam tę upragnioną ocenę w wykazie ocen. Pojawił się jednak nowy problem: moja średnia była źle policzona, przez co system twierdził, że nie zaliczyłam roku, mimo że nie miałam żadnej oceny poniżej 10/20. Przez to też nie mogłam zapisać się na kolejny rok. Pech chciał, że w tym czasie byłam już w Polsce, a koordynatorka pedagogiczna uparcie twierdziła przez telefon, że moja średnia jest już poprawiona. Nie była. Została poprawiona dokładnie 31 sierpnia, czyli 3 miesiące później, kiedy pofatygowałam się osobiście do dziekanatu (czyli do scolarité). Wtedy też rozpoczął się wyścig z czasem, ponieważ nie wiedziałam czy zostanę wpisana na listę studentów przed rozpoczęciem zapisów na zajęcia. Na szczęście udało mi się zapisać w terminie do wybranych grup.

Inną tegoroczną przygoda był lektorat z języka obcego. Bardzo chciałam podszkolić mój angielski, głównie dlatego, że używam go często w pracy, a nie czuję się z tym językiem swobodnie. Chciałam więc iść na zajęcia wyrównawcze, jednak system nie proponował mi ich podczas zapisów. Z braku laku wybrałam portugalski dla początkujących (3 godziny w poniedziałek o 8 rano - dziękuję), a następnie pognałam do sekretariatu zajmującego się przedmiotami ogólnouniwersyteckimi (Bureau des Enseignements Transversaux) i wystałam dobrą godzinę w kolejce. Kiedy w końcu dopchałam się do biurka, dziewczyna nie potrafiła odpowiedzieć na moje pytanie, więc spędziłam kolejne 20 minut w kolejce do dyrektora. A tam dowiedziałam się, że nie mogę się zapisać na zajęcia wyrównawcze ani na poziom podstawowy jakiegoś języka, bo nie jestem na pierwszym roku studiów licencjackich. Mogę za to zapisać się na francuski dla obcokrajowców, bo akurat w tym roku moja uczelnia zniosła przywilej, dzięki któremu obcojęzyczni studenci mogli zwolnić się z zajęć. Możecie się domyślić, że wprost skakałam z radości na myśl o dwóch semestrach zajęć z francuskiego na poziomie C1, który mam potwierdzony na papierze już od 4 lat. No ale, jak powiedział dyrektor, przynajmniej będę miała dobrą ocenę. Zapisałam się jednak na te zajęcia i postanowiłam zobaczyć z czym to się je. Nie powiem... Wiązałam z tymi zajęciami spore nadzieje, że może sobie przypomnę niektóre pojęcia z romanistyki. Nic bardziej mylnego. Już na pierwszych zajęciach miałam wrażenie, że się cofam. Poziom C1 na uniwerku okazał się okropnie niski. Ja wiem, że mam spaczone pojęcie o zajęciach z języka francuskiego przez 3 lata na romanistyce, gdzie wymagano od nas cudów, i do tej pory żyłam iluzjami, że poziom C1 to faktycznie bardzo wysoki poziom. Jest wysoki - na romanistyce. Te pierwsze zajęcia były na poziomie B1-B2 i to takim mocno naciąganym. A prowadziła je Włoszka, która bardzo, ale to bardzo słabo mówiła po francusku. Do tego miała fatalny akcent - były momenty, kiedy musiałam bardzo mocno zastanowić się nad tym, co właśnie powiedziała, bo tak źle artykułowała słowa. To był jeden jedyny raz kiedy poszłam na te zajęcia. Następnego dnia złożyłam podanie o zwolnienie z obecności (że niby pracuję w tym samym czasie). W drugim semestrze w ogóle nie poszłam na te zajęcia. Nie pofatygowałam się, żeby wziąć od kogoś notatki. Przyszłam tylko na egzamin, który w obydwóch przypadkach był na śmiesznie niskim poziomie - obydwa napisałam w 30 minut i dostałam 20/20. 

O ile w poprzednich latach ilość zajęć obowiązkowych i kierunkowych była mniej-więcej na równym poziomie, o tyle w tym roku prawie wszystkie zajęcia dotyczące historii i estetyki były kierunkowe - innymi słowy, mogłam wybrać sobie temat zajęć, który najbardziej mnie interesował. Z kolei zajęcia obowiązkowe dotyczyły tylko i wyłącznie ekonomii i produkcji teatralnej. Bardzo mi się to podobało, ponieważ w ten sposób program studiów zachowuje pewną równowagę, dzięki której dostarcza studentom niezbędnych podstaw do funkcjonowania w różnych zawodach.
Jeśli chodzi o zajęcia kierunkowe, to, na szczęście, nie miałam problemów z ich wyborem. Żadne z zajęć, które mnie interesowały nie nakładały się na siebie, przez co udało mi się w miarę skondensować mój plan zajęć.
Nadal uważam, że idea rozwijania swojej wiedzy w określonej specjalizacji już od licencjatu jest bardzo dobra. Co prawda, nie wszystkie zajęcia kierunkowe, na które chodziłam w tym roku pomagały mi rozwijać się w mojej specjalizacji, ale nie było zajęć, które by mnie nie interesowały. W pierwszym semestrze postanowiłam poobserwować profesorów, którzy mogliby być moimi promotorami, w związku z czym zapisałam się na ich zajęcia nawet jeśli temat nie za bardzo mi odpowiadał. To był strzał w 10, ponieważ poznałam ich bliżej, a oni poznali mnie. To, że zajęcia były prowadzone przez mojego ewentualnego promotora wpłynęło również na jakość mojej pracy - chciałam wypaść jak najlepiej w ich oczach, żeby nie mieć potem problemów, więc bardziej przykładałam się do pracy. 
Możecie mi napisać, że zawsze trzeba przykładać się do pracy, ale mój problem polega na tym, że nigdy nie musiałam tego robić. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, to, odkąd pamiętam, nauka przychodziła mi niezwykle łatwo. Po prostu chodziłam na lekcje, odrabiałam prace domowe i tyle. Rzadko kiedy uczyłam się do sprawdzianów, a i tak miałam dobre oceny. To mnie bardzo rozleniwiło i jednocześnie nie pozwoliło mi wyrobić w sobie nawyku uczenia się. Dlatego, kiedy teraz uczę się do egzaminów, to bardzo szybko się nudzę i nie do końca wiem jak to robić. W ciągu kilku lat spędzonych w liceum i na studiach, sama musiałam znaleźć metody uczenia się, które najbardziej mi odpowiadały. Tak jakbym dopiero zaczynała naukę. Dlatego też bardzo stresowałam się na zajęciach, od których być może zależała moja przyszłość na uczelni.

Nie miałam jednak czego się stresować - mój promotor znalazł się sam. Po jednych zajęciach w drugim semestrze napomknęłam profesorowi, który najbardziej mnie interesował, o czym chcę pisać moją pracę magisterską, a ten tak się ucieszył, że sam zaproponował, że chce być moim promotorem.  Nie było to zamierzone. ;) Dosyć zabawna sytuacja, która nie zdarza się często, więc skakałam z radości po wyjściu z sali. Nie wiem jednak, czy mam się z czego cieszyć, bo bardzo boję się, że go zawiodę. W końcu, wykładowca pokłada we mnie jakieś nadzieje skoro sam zaproponował mi prowadzenie mojej pracy magisterskiej. 
W normalnych warunkach, trzeba jednak samemu zainteresować się specjalizacjami wykładowców i przedstawić im projekt pracy magisterskiej. Wtedy oni decydują czy są zainteresowani danym tematem czy nie.

Jeśli zaś chodzi o rekrutację na studia magisterskie, to studenci, którzy uczęszczali na studia licencjackie na tym samym kierunku są przyjęli z marszu. Trzeba jednak złożyć swoją kandydaturę tak jak studenci z zewnątrz, żeby sekretariat wiedział ilu starych studentów chce kontynuować naukę.  Nie zwalnia nas to jednak z pisania CV, listu motywacyjnego z opisem projektu pracy magisterskiej (w którym trzeba podać przynajmniej jedno nazwisko ewentualnego promotora) i składania tony papierów, które tak naprawdę są zbędne. 
Co śmieszniejsze, to na niektórych kierunkach (w tym na moim), żeby dostać się na drugi rok studiów magisterskich, trzeba przejść przez tą samą procedurę, a do tego trzeba mieć zgodę promotora oraz obronić projekt pracy magisterskiej - 50 stron paplaniny o tym, o czym chcemy pisać. To tak jakbyśmy pisali dwie prace magisterskie! 
Na teatrologii, zgoda promotora jest niezbędna, ponieważ to na drugim roku studiów magisterskich wybieramy specjalizację. Dobrze by było, gdyby projekt pracy magisterskiej i praca magisterska właściwa miały ten sam temat, jednak zmiana tematu, a nawet promotora jest możliwa podczas studiów. 

Już za dwa miesiące okaże się czy moje obawy, co do studiów magisterskich są słuszne czy mocno przesadzone. Kolejny taki wpis za rok. ;)