jeudi 11 août 2016

Mon juillet 2016

Ach! Wakacje! Kto nie czeka na te 2 piękne, letnie miesiące albo chociaż 2, 3 lub 4 tygodnie urlopu? Zazwyczaj to ja nie czekałam na wakacje, mówiąc, że tydzień wolnego mi starczy. Faktycznie, po mniej-więcej tygodniu zaczynałam powoli zabierać się do pracy. W tym roku jest inaczej. Przygotowania do spektaklu, który, koniec końców, został przełożony na wiosnę 2017 roku, a do tego studia i praca, dużo pracy, tak bardzo mnie wykończyły, że odliczałam dni do urlopu. 20 lipca z wielką ulgą zaległam w fotelu pociągu Thalys relacji Paryż-Kolonia i odetchnęłam z ulgą. Od 20 lipca, nie kiwnęłam małym palcem i pierwszy raz w życiu nie chce mi się pracować. Korzystam więc z mojego miesięcznego urlopu jak tylko mogę: czytam, piję mrożoną kawę, słucham muzyki, rozkoszuję się jedzeniem, spaceruję i porządnie skorzystałam z tegorocznych wyprzedaży. 




Jeszcze kilka miesięcy temu, miałam bardzo ambitne plany na mój urlop w Polsce. Wiedziałam, że będę zmęczona po próbach, więc postanowiłam odciąć się tylko od pracy nad Nuit Bouffe podczas wakacji. Wiecie... 18 lipca, miałam mieć ostatnią próbę przed przerwą, w dodatku na wsi. Plan był taki, że miałam wrócić tego 18 wieczorem do Paryża, 19 ewentualnie coś tam jeszcze ruszyć, a od 20 wyłączyć się kompletnie, nie odpowiadać na maile, telefony itd. Nada! Za to kiedy już porządnie odpocznę i się wynudzę, to chciałam zacząć pisać coś nowego. Taka odskocznia. Już od dawna wiele pomysłów chodziło mi po głowie. Wszystkie zapisałam w notesie i bardzo ciągnęło mnie (i ciągnie nadal) do napisania czegoś nowego. Nie mówię o nowej sztuce, którą chciałabym wystawić, ale nawet o opowiadaniu czy czymś w tym stylu. Czułam, że to dobry moment. 
A potem przyszły problemy i szlag trafił moje ambitne plany. Nie żeby ochota na pisanie mi przeszła! Co to, to nie! Chęci dalej są, ale pojawiła się dobrze mi znana blokada. Wiem, że muszę bardzo porządnie popracować nad Nuit Bouffe, więc podświadomie zabraniam sobie pracować nad czymś innym. To między innymi brak czasu na pracę nad tekstem doprowadził do tego, że musiałam przełożyć premierę. Nie chcę więc powtórzyć tego samego błędu.
Innym problemem jest to, że po próbach, awanturach i całym tym stresie związanym z przeniesieniem premiery, nie chce mi się pracować nad Nuit Bouffe. Nie oznacza to jednak, że nie chce mi się doprowadzić tego spektaklu do premiery! Po prostu potrzebuję trochę czasu żeby się zebrać w sobie i spojrzeć na wszystko z innej strony. 

Premiera Nuit Bouffe została przeniesiona na 23 kwietnia 2017 roku. Tym razem pójdzie łatwiej - mam taką nadzieję. Nie będę miała tylu formalności do załatwienia, bo to już jest zrobione, więc będę mogła skupić się tylko i wyłącznie na pracy. Na razie nie chce mi się myśleć nad nowym składem zespołu ani nad niczym innym. Wiem tylko tyle, że chcę mieć asystenta z prawdziwego zdarzenia - kogoś, kto nie tylko będzie mi asystował przy reżyserii, ale również przy organizacji spektaklu. Kogoś, kto nie będzie bać się przejąć kilka obowiązków administracyjnych, kiedy ja nie będę akurat mogła czegoś załatwić.
Jeśli chcecie dowiedzieć się, dlaczego premiera Nuit Bouffe została przesunięta, zapraszam Was do lektury notatki na ten temat: Avoir le feu dans le ventre.

W sumie, to trochę skłamałam mówiąc, że nie chce mi się myśleć nad nowym składem zespołu. Fakt - nie chciałam o tym myśleć i planowałam zająć się kompletowaniem nowej ekipy jakoś we wrześniu. Jednak na początku lipca, wpadłam w teatrze Nord-Ouest na Guy'a Bourgeois. Uwielbiam tego faceta zarówno prywatnie jak i zawodowo - jest świetnym aktorem, a do tego niezwykłym człowiekiem. Strasznie plułam sobie w brodę, że nie zaproponowałam mu roli Frederica. Jeszcze bardziej pożałowałam tego, kiedy Jean-Luc zaczął odstawiać mi cyrki na próbach, a Marie Veronique bardzo wspierała moją propozycję by wymienić Jean-Luca na Guy - obydwoje dobrze się znają, no i Marie Vero wie, że Guy jest dobry w tym, co robi. Rezultat był taki, że od słowa do słowa dostałam jego numer, a Laurent i Marie Vero byli gotowi przekonać go by do nas dołączył. Kiedy więc zobaczyłam, że Guy właśnie wychodzi z teatru, wzięłam to za dobrą monetę. Tym razem nie przepuściłam okazji i zaproponowałam mu tę rolę. Teraz pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by się zgodził, ale jestem dobrej myśli.

Tak jak pisałam w ubiegłym miesiącu - w lipcu, życie teatralne w Paryżu lekko zamiera przez Festiwal w Avignonie. Z tego powodu w teatrze byłam tylko raz. Resztę mojego czasu i energii poświęcałam na czytanie krytyk z Festiwalu i na kompletowaniu mojej listy Must See na przyszły sezon. 
9 lipca wybrałam się na Les jeux de l'amour et du hasard w reżyserii Elise Vega Beron w teatrze Nord-Ouest. Spektakl poprawny, ale bez większego wow. Komedia Marivaux ogląda się lekko i uważam, że reżyser dokonała słusznego wyboru powierzając główne role starszym aktorom. Tym samym nie mamy kolejnej wersji miłości nastolatków, a dorosłych ludzi, którym nie spieszy się do małżeństwa. Nie podobało mi się jednak to, że nie widziałam żadnej pracy z aktorem, więc Joanna Rubio była Joanną Rubio w roli Sylvii i grała w ten sam sposób w jaki grała Jocastę w Tebaidzie, a Laurent Brusset był Laurentem Brusset w roli Doranta - ciągle te same gesty, te same miny, ta sama maniera wysławiania się, które z uporem tępiłam podczas prób do Nuit Bouffe. Na szczególną uwagę zasługuje Eric Veiga, mój szanowny kolega, który w roli Mario czuje się jak ryba w wodzie. Cieszyłam się, że mogłam go zobaczyć w takiej roli. 

Tak jak przypuszczałam, kiedy przyszły wakacje, mój poziom czytelnictwa wzrósł. Oczywiście najwięcej stron jednorazowo przeczytałam podczas podróży do Polski - pochłonęłam 1,5 książki. Będąc już w Warszawie, postanowiłam zrobić sobie małą, sentymentalną podróż do książek, w których zaczytywałam się 10 lat lat temu. Bilans wyzwania 52 książek wygląda zatem tak:

21. Louise Amour, Christian Bobin
Po przeczytaniu La Folle Allure tego autora w czerwcu, miałam ochotę na więcej, dlatego też uległam kompulsywnym zakupom na Amazonie (e-booki) i we Fnacu (Louise Amour). Kupiłam kilka książek, których opisy wydawały mi się najbardziej interesujące. Moje zapoznawanie się z dziełami Bobina zaczęłam od Louise Amour, ponieważ ta książka najbardziej mnie przyciągnęła opisem. Niestety trochę zawiodła mnie treścią. Niemniej jednak, styl Bobina niesamowicie mi się podoba! Cały czas mam wrażenie jakbym czytała tomik poezji.

22. Krótka książka o miłości, Karolina Korwin-Piotrowska
Do książek Korwin-Piotrowskiej, którą bardzo lubię tak na marginesie, podchodziłam z pewną rezerwą. Krótka książka o miłości, to pierwsza z jej 3 książek, po którą sięgnęłam. Chciałam wiedzieć jakie filmy są jej ulubionymi, jakie filmy ją poruszyły... Chciałam też znaleźć coś ciekawego do obejrzenia. Nie oglądam dużo filmów. Moim konikiem jest teatr i to właśnie jako widz w sali teatralnej czuję się najlepiej. Chciałabym jednak trochę bardziej otworzyć się i na tę sztukę. Książka Pani Karoliny bardzo mi w tym pomogła. Może kiedyś napiszę coś podobnego o teatrze?

23. Zapałka na zakręcie, Krystyna Siesicka
24. Pejzaż sentymentalny, Krystyna Siesicka
25. Jezioro osobliwości, Krystyna Siesicka
Te 3 książki to mój sentymentalny powrót 10 lat wstecz. Pamiętam jak mama kupiła mi te książki - uwielbiałam czytać, więc co i rusz chciałam sięgać po coś nowego. Któregoś dnia na mojej półce zagościły książki Krystyny Siesickiej, które pochłonęłam w czasie wakacji. Bardzo identyfikowałam się z głównymi bohaterami jej książek, więc, siłą rzeczy, powracałam do nich dosyć często kiedy byłam nastolatką. Dziś może nie wywołują u mnie tych samych emocji, ale nadal przyjemnie mi się je czytało.

W kategorii książkowej nie mogę nie wspomnieć o moim wielkim ulubieńcu, tego roku, czyli o Kalendarzu Polki na rok 2017. Kalendarz powstał dzięki uporowi Magdy, przewodniczącej Klubu Polki na Obczyźnie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych kalendarzy jakie miałam. Nie dlatego, że ma idealny układ stron czy coś w tym stylu, ale dlatego, że przypomina mi dlaczego warto było wyjechać za granicę, że podróże kształcą i że to, że jestem w Klubie daje mi wiele sił. 


W lipcu oglądałam też dużo filmów i seriali. Nie mam za bardzo czasu na takie przyjemności w ciągu roku akademickiego, więc nadrabiam latem i podczas ferii.
W tym miesiącu 2 filmy szczególnie zwróciły moją uwagę.

Pierwszym z nich jest Famille Belier. Dosyć długo broniłam się przed tym filmem, ponieważ wydawał mi się mało interesujący. Jednak kiedy go obejrzałam, kompletnie przepadłam. Historia nie jest ambitna, ale to, co mnie urzekło to obraz głuchoniemej rodziny. Francois Damiens i Karin Viard są świetni w swoich rolach. Na uwagę zasługuje również Eric Elmosnino.



Drugim filmem, który mnie urzekł - bo powiedzmy sobie szczerze: nie jest to wiekopomne dzieło - jest Un moment d'egarement. Mogę tutaj wymienić 3 powody, dla których warto obejrzeć ten film: Francois Cluzet, Vincent Cassel i Korsyka. Sam film nadaje się świetnie na upalny, letni wieczór. 



Jeśli w tym roku zawitacie do Paryża, to musicie koniecznie odwiedzić restaurację Comme au Vietnam. To moje lipcowe odkrycie. Restauracja, jak sama nazwa wskazuje, serwuje wietnamską kuchnię i do tej pory, jest to najlepsza restauracja azjatycka jaką znam (a odwiedziłam ich sporo). Jedzenie jest świeże i dobrze przyrządzone, porcje duże, a ceny niskie. No i obsługa jest bardzo miła. Comme au Vietnam znajduje się w 13 dzielnicy Paryża, tzw. Chinatown, przy 195 Avenue de Choisy (Metro: Place d'Italie). 

A jaki był Wasz lipiec?