mardi 6 septembre 2016

Odrodzić się w Paryżu.

1 września, minęły 4 lata odkąd przyjechałam do Paryża. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj i nadal zastanawiam się, gdzie ten czas upłynął. I kiedy!
4 lata! Gdyby ktoś mnie teraz zapytał czy żałuję mojej decyzji, odpowiedziałabym, że nie. Przeprowadzka do Paryża dużo mnie kosztowała, a samo życie tutaj nie zawsze było usłane różami, dobrym winem i bagietkami, ale bardzo wiele mnie nauczyło. Koniec końców, Paryż stał się moim domem, do którego zawsze chętnie wracam i którego nie mam zamiaru opuszczać (przynajmniej na razie). Nie wiem czy umiałabym żyć gdzie indziej.
Dawno nie pisałam o innych aspektach życia w Paryżu niż studia i teatr, dlatego pomyślałam, że taka rocznica świetnie nadaje się do tego, by zrobić generalne podsumowanie.

Fontanna Automatów - to na nią patrzyłam przez 1,5 roku pracy w restauracji.

Prawdę mówiąc, nie wiem od czego zacząć to podsumowanie. Mam tyle do powiedzenia, a chciałabym, żeby to miało ręce i nogi.
Zacznę może od najbardziej prozaicznej i najmniej romantycznej rzeczy czyli od pracy. Pracować trzeba, bo trzeba z czegoś żyć, a życie tanie nie jest (ale o tym później). W ciągu 4 lat pracowałam w 2 miejscach i miałam krótki epizod w 3 miejscu. Pierwszą moją pracą była restauracja Creperie Beaubourg, o której pisałam kilkakrotnie na blogu. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że była to przyjemna praca: lubiłam moich klientów oraz kolegów, zawsze działo się coś ciekawego, no i to właśnie tam poznałam kilka osób, które na stałe zagościły w moim życiu, m.in. reżyser Nathalie Hamel, która dała mi pierwszy angaż w teatrze oraz moja obecną szefową. Jak każda praca, tak i ta, miała swoje minusy. Pomijając to, że była to praca dosyć ciężka fizycznie nie tylko ze względu na to, że trzeba było nosić ciężkie skrzynie z butelkami, ale również przez to, że pracowałam 12 godzin na dzień (tylko w weekendy), to największym jej minusem były zarobki, które oczywiście uzupełniałam napiwkami oraz to, że były okresy, kiedy nie mogłam wziąć wolnego, np. wszelkie przerwy w szkole, a więc i Święta Bożego Narodzenia włącznie. Pamiętam do tej pory mój pierwszy wyjazd na Święta do Polski: noc z 23 na 24 grudnia spędzona na lotnisku (bo 23 pracowałam do północy), samolot o 7 rano, 5 dni pobytu w Polsce (święta wypadały akurat w tygodniu) i powrót do Francji w sobotę 29 grudnia, samolotem o 6 rano, bo o 12 musiałam być już w pracy. Z pracy zrezygnowałam ze względu na kontuzję kolana w lutym 2014 roku.
Potem miałam krótki epizod w innej restauracji, bo musiałam jednak jakoś pracować i zarabiać pieniądze, ale zrezygnowałam z tej pracy po 2 tygodniach ze względu na atmosferę, a raczej ciągłe wyzwiska i upokarzanie ze strony właścicieli.
Aż pewnego dnia zadzwoniła do mnie V., którą poznałam w restauracji i spytała czy nie chciałabym dla niej pracować. Akurat miała ankietę po polsku i potrzebowała tłumacza. Pierwszy raz pracowałam w biurze i to w dodatku w dziedzinie, która była mi kompletnie obca - marketing i badania rynku. Sprawdziłam się przy tej pierwszej ankiecie, więc napłynęły kolejne i kolejne aż w końcu zostałam w firmie na stałe i pracuję już tam 2,5 roku. Lubię tę pracę, nie tylko dlatego, że mam fajnych kolegów, ale przede wszystkim dlatego, że bez problemu mogę łączyć pracę i studia. Nie będę ukrywać, że tutaj akurat miałam niesamowite szczęście, bo trafiła mi się praca, która jest dosyć dobrze płatna, łatwa, a do tego nikt na mnie krzywo nie patrzy jeśli chcę wziąć sobie wolne, wyjść wcześniej, przyjść później lub wyjechać na urlop. Póki wszystko jest zrobione, a u mnie jest na długo przed terminem, to jestem wolna.
Więcej o mojej pracy napiszę w oddzielnym poście, ponieważ przez te 2 lata nauczyłam się wiele o sprytnych reklamowych manipulacjach, dzięki czemu jestem bardziej świadomą konsumentką.
Był moment kiedy chciałam zmienić pracę, ale szybko zdałam sobie sprawę z tego, że ciężko by mi było znaleźć lepiej płatną i tak ugodową pracę, a do tego w ogóle ciężko jest znaleźć inną pracę niż w opieka nad dziećmi czy restauracja będąc studentem. Gdybym miała możliwość pracowania na pełen etat, znalazłabym pracę bez problemu, bo we Francji praca jest. Szczególnie jeśli mówi się biegle po francusku, zna się inne języki i ma się jakieś doświadczenie czy wyższe wykształcenie.

22 grudnia 2012 w Creperie Beaubourg. To był jedyny dzień kiedy mogliśmy założyć górę innego koloru niż czarny. 
Inną prozaiczną, przynajmniej dla mnie, rzeczą są studia. Nie chcę za bardzo się powtarzać, ponieważ napisałam już 2 dosyć szczegółowe notki na ten temat: Studia we Francji 1Studia we Francji 2.
Mogę jedynie dodać, że mimo tego że pracuję i studiuję jednocześnie, to wolę jednak studia we Francji od tych w Polsce. Poziom nauczania jest porównywalny, jednak dużo przyjemniej studiuje się kiedy wykładowcy traktują studentów jak dorosłych, a nie jak dzieciaki, które nic nie widzą. Łatwiej jest też pogodzić pracę i studia, ponieważ mamy mniej godzin zajęć. Wiem, że wyżej napisałam, że ciężko jest znaleźć pracę będąc studentem, ale jeśli się ją ma, to połączenie tych dwóch zajęć nie wysysa z nas całej energii i mimo wszystko mamy jeszcze czas na przyjemności, zakupy itd.

Jeden z pierwszych wypadów do teatru. Październik 2012 roku.
A jedną z przyjemności jest oczywiście kultura. Dla mnie jest to jedna z największych zalet mieszkania w regionie paryskim. Tutaj dzieje się tak wiele, że nie można narzekać na nudę, a oferta jest tak różnorodna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, że ceny biletów do kina, teatru czy muzeum nie przyprawiają o ból głowy. Owszem, są spektakle mniej i bardziej kosztowne, ale są również strony typu billetreduc, które oferują bilety w niższych cenach. Do tego dochodzą częste promocje, a także możliwość wykupienia abonamentu. Najdroższy bilet jaki kupiłam kosztował 90€. Normalnie, jako studentka lub osoba poniżej 30 roku życia, płacę od 9 do 25€ za bilet do teatru.
Podobnie jest z kinem. Sam bilet do kina nie jest specjalnie drogi, to koszt około 10-12€. Dodatkowo kina również oferują różne abonamenty, które pozwalają na obejrzenie dowolnej ilości filmów w cenie tego abonamentu (około 20€ miesięcznie).
Przyznam szczerze, że najmniej chodzę do muzeów. Jakoś nigdy mi nie po drodze.

Notre Dame de Paris. Styczeń 2014.
Skoro już przy kosztach jesteśmy, to warto wspomnieć o samych kosztach mieszkania w Paryżu.
Stolica Francji jest uznawana za jedno z najdroższych miast. Owszem, nie jest może tanio, szczególnie jeśli chodzi o wynajem mieszkania, ale nie jest też bardzo drogo. Moim zdaniem, a mówię to z perspektywy studentki, która mieszka sama i nie ma dzieci, można spokojnie wyżyć za 1500€ miesięcznie (pod warunkiem, że czynsz za mieszkanie nie wynosi więcej niż połowa tej kwoty). Kiedy przyjechałam do Paryża, bez problemu udawało mi się wyżyć za 800€ miesięcznie. Wiadomo, że z czasem ceny rosną, a i potrzeby się zmieniają. Przez 4 lata, ceny żywności znacznie się podniosły, z kolei ceny usług (bilet miesięczny, telefon, internet) spadły. Nie uważam jednak, że żywność, ubrania, kosmetyki czy środki czystości są drogie. Oczywiście są wyjątki, szczególnie jeśli lubi się drogie marki albo buty dobrej jakości (w to akurat inwestuję regularnie), jednak nawet i takie zakupy nie sprawiają, że przez resztę miesiąca żyję o bagietce i wodzie. Dla mnie, to, że zakup jakiegoś kosmetyku, dobrych butów, awaryjny zakup jakiegoś sprzętu czy nawet zwykłe zakupy w sklepie spożywczym nie rujnują mi portfela jest olbrzymim plusem. Po prostu żyje mi się tak łatwiej i, mimo pędu, jestem mniej zestresowana.

Place du Tertre. Grudzień 2012.
Będąc już przy jedzeniu, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o tym, że uwielbiam francuską kuchnię. Uwielbiam jeść, chodzić do restauracji (to też nie należy do drogich przyjemności!), próbować nowych rzeczy i po prostu rozkoszować się dobrą kuchnią. Jednak poza francuską kuchnią, w Paryżu jest jeszcze mnóstwo innych kuchni świata, które możemy spróbować. I to też jest dla mnie wielką zaletą. Dziś jem libańskie jedzenie, jutro francuskie, po jutrze hinduskie, albo chińskie, albo wietnamskie albo jeszcze inne. Oczywiście ktoś może mi tutaj powiedzieć, że w Warszawie jest podobnie. Owszem, ale w Warszawie nie ma aż tylu różnych restauracji ani takiego przemieszania kulturowego.
Innym ważnym, jedzeniowym aspektem są pory posiłku. Dla mnie to była świetna okazja do tego by nauczyć się jeść o regularnych porach. Podoba mi się również to, że w firmie, w której pracuję, wszyscy jedzą o tej samej porze. Jest to dla nas pora na mały relaks i rozmowy. Chętnie korzystam też z możliwości wyjścia z pracy w czasie lunchu - nie ma nic lepszego niż krótki spacer. Od razu lepiej się myśli.
W Paryżu nauczyłam się również jeść o wiele lżej. Teraz, na deser lub podwieczorek wybieram jogurt albo owoc, a nie ciasto. Porcje moich posiłków są mniejsze, bo organizm jest przyzwyczajony do stałych godzin, więc jem tylko tyle, ile potrzebuję.
Ach! Zapomniałabym dodać, że Francuzi nie jedzą żabich udek. Bynajmniej nie tak często jak mówi znany stereotyp.

Z Ł. na wieżach Notre Dame. Kwiecień 2013.
O francuskim multikulti można powiedzieć wiele. Chyba nigdy nie pisałam o moich odczuciach związanych z tym zjawiskiem. Kilkakrotnie zaczynałam notkę na ten temat, ale w rezultacie nigdy jej nie skończyłam. Moje poglądy zmieniły się kilkakrotnie w ciągu tych 4 lat.
Na początku nic mi nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - byłam otwarta na ludzi. Z czasem pojawiła się we mnie dosyć silna nietolerancja. Coraz więcej rzeczy mi przeszkadzało w zachowaniu czy wyglądzie innych imigrantów. Zapominałam wtedy, że sama jestem imigrantką i nie akceptowałam tego, że ktoś może kultywować kulturę kraju, z którego pochodzi. W końcu jesteśmy we Francji, bordel! Był moment kiedy moje poglądy były bardzo rasistowskie. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego tak się stało.
Jednak im dłużej musiałam obcować z różnymi ludźmi, z różnymi kulturami, tym bardziej rozumiałam dlaczego moje postępowanie i poglądy są złe. Na studiach poznałam wiele osób z różnych krajów, różnych religii i o różnym kolorze skóry. Czy to, że wyznawali inną religię czy mieli inny kolor skóry czyniło z nich złych ludzi? Nie. Byli tacy jak ja: młodzi, pełni życia. Powoli doszłam do tego, że stykając się z innymi kulturami, możemy z nich wyciągnąć wszystko, co najlepsze i wiele się nauczyć. Uwielbiam rozmawiać ze znajomymi o zwyczajach z ich krajów, o ich kulturze, kuchni i wielu innych sprawach. Uwielbiam pokazywać im też moją kulturę, mówić im o historii mojego kraju i gotować dla nich polskie potrawy. Za każdym razem uczymy się czegoś nowego od siebie, a wymiana poglądów pozwala nam spojrzeć na różne sprawy pod innym kątem i zauważyć to, co do tej pory było niewidoczne. Czerpanie pełnymi garściami z innych kultur może nam tylko wyjść na dobre.
Cieszę się, że moje poglądy się zmieniły, a co za tym idzie, bardziej otworzyłam się na ludzi.
Jeśli zaś chodzi o Francuzów, to uważam ich za ludzi bardzo uprzejmych (czasami aż za bardzo!), otwartych i pomocnych. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale globalnie jest to bardzo pozytywny naród, mimo ciągłego narzekania i bardzo upierdliwej administracji. Kiedy teraz głębiej się nad tym zastanawiam, to kontakty z Francuzami kojarzą mi się z rozmowami na mniej lub bardziej poważne tematy i ze śmiechem. Moi znajomi śmieją się często i chętnie, a ja razem z nimi.

Ogród Botaniczny - to tu spędzam najwięcej czasu kiedy mam przerwy między zajęciami. Wiosna 2015.
Czasami jednak nie jest tak wesoło. Mimo tego, że biegle mówię po francusku - według znajomych i kolegów z pracy mówię jak rodowita Francuzka - to zdarza się, że między nami pojawia się bariera. Nie jest to bariera językowa, ale bardziej myślowa. Wychowałam się w Polsce i po polsku, więc, mimo całkowitego sfrancurzenia, zachowałam trochę polskiej mentalności, logiki czy odniesień. Francuzom ciężko jest czasami zrozumieć moje zachowanie czy to, w jaki sposób się wysławiam. Jakiś czas temu pisałam o tym, że mój asystent, Laurent, zarzucał mi brak taktu. Zrobiłam mały wywiad wśród moich znajomych, szczególnie obcokrajowców, i co? I wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że Laurent jest chyba przewrażliwiony, a ja po prostu nie owijam w bawełnę i nikt się za to nie obrazi, wręcz przeciwnie. Jak to mówi internetowy klasyk: Jak mnie coś wkurwia, to mówię, że mnie wkurwia, a nie, że złowrogo szumią wierzby czy też duch mój na rozżarzone węgle dupą usiadł.

Mój ulubiony most w Paryżu - Bir Hakeim. Wiosna 2014 roku.
Innym minusem mieszkania w Paryżu, jest to, że wynajęcie mieszkania graniczy z cudem. Zadanie jest trochę ułatwione jeśli jest się z kimś w związku, ma się podwójną pensję, żyranta i kaucję w postaci własnej nerki. Jednak będąc samemu, z jedną pensją i bez żyranta... no cóż... Bon courage! Przez 4 lata mojego pobytu, ceny mieszkań poszły bardzo w górę, a jeśli dorzucimy do tego wymagania jak z kosmosu to wynajęcie mieszkania stało się prawie niemożliwe. Merostwo próbowało temu zaradzić wprowadzając prawo, które odgórnie narzuca cenę wynajmu, tzw. encadrement des loyers. Polega to na tym, że merostwo ustala cenę za metr kwadratowy uwzględniając dzielnicę w jakiej leży mieszkanie, rok budowy kamienicy oraz stan mieszkania (umeblowane czy nie). Daje nam to średni czynsz, a właściciel może go albo obniżyć o maksymalnie 20% albo podnieść. Niestety, niewielu właścicieli stosuje się do tego prawa i przypuszczam, że jeszcze długo nie będą się stosować jeśli lokatorzy nie będą świadomi swoich praw i będą brać wszystko co im się daje, nieważne za jaką cenę.

Nocne eskapady. Maj 2013.
Mimo że życie w Paryżu ma tyle samo wad co zalet, to nie potrafiłabym wrócić teraz do Polski. Nieważne jak bardzo potrafią wkurzyć mnie strajki, wypadki w metrze i wiele innych rzeczy, za każdym razem kiedy spaceruję po mieście, myślę sobie, że mam cholerne szczęście. Od 4 lat mieszkam w mieście, które pokochałam od pierwszego wejrzenia 7 lat temu i nie wyobrażam sobie żebym mogła je opuścić. Fakt, że czasami, jak pewnie większość Paryżan, mam ochotę zaszyć się gdzieś na wsi i nie wracać do hałaśliwego, pędzącego miasta. Wiem jednak, że jako typowa, miastowa dziewczyna, Warszawianka z krwi i kości, nie wytrzymałabym na wsi zbyt długo. 

Widok na Paryż spod Bazyliki Sacre Coeur. To tutaj zakochałam się w tym mieście w sierpniu 2009 roku.
Do Polski wracam dwa razy w roku. Cieszę się za każdym razem, gdy przekraczam granicę. Jednak kiedy dojeżdżam do Warszawy, czuję się obco. Nie potrafię odnaleźć się w moim rodzinnym mieście. Zmiany zachodzą bardzo szybko, a ja wszystko zauważam i czasami coś mnie zaboli kiedy widzę jak moje miasto się zmienia, a ja nie uczestniczę już w tych zmianach. Widzę też różnice między życiem w Warszawie i w Paryżu. Wtedy doceniam komfort jeżdżącego co 2-4 minuty metra, niskie ceny żywności w stosunku do zarobków czy to, że ludzie są bardziej uśmiechnięci i uprzejmi. Gdy następnie przekraczam francuską granicę, pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to: Witaj w domu. 
Francja stała się moim domem. Drugą Ojczyzną, którą kocham równie mocno jak tą pierwszą. 
A Sacha Guitry miał rację.

Być Paryżaninem nie oznacza urodzić się w Paryżu, tylko w nim się odrodzić.