samedi 8 octobre 2016

Le Rouge et Le Noir - l'Opera Rock

Najlepsze niespodzianki to te, które przychodzą znienacka, spadają z nieba i do tego okazują się niezwykle trafione. Wiem, że już z definicji, niespodzianki są... niespodziewane, ale dla mnie istnieje jeszcze kilka subiektywnych rozgraniczeń. Na przykład na niespodzianki oczekiwane i te nieoczekiwane. Mój ostatni wypad na Le Rouge et Le Noir w teatrze Le Palace był właśnie taką nieoczekiwaną niespodzianką, do której podeszłam trochę sceptycznie, a która okazała się niezwykle udana.



Wszystko zaczęło się od maila, którego dostałam pod koniec września. Mail pochodził od Alberta Cohena, który informował mnie, że ma przyjemność zaprosić mnie i 3 osoby towarzyszące na najnowszy spektakl jego produkcji, czyli Le Rouge et Le Noir, l'Opera Rock. Możecie sobie tylko wyobrazić moje zaskoczenie i minę kiedy czytałam dobre 10 razy tą wiadomość i doszukiwałam się choćby najmniejszego znaku, że to jakieś oszustwo. Niestety, moja skrzynka jest zasypywana regularnie spamem wysyłanym przez najróżniejszych oszustów, którzy próbują wyłudzić pieniądze poprzez podanie numeru karty lub wpłatę na jakiś mniej lub bardziej szczytny cel. Jako że nie doszukałam się znaków oszustwa, postanowiłam zaryzykować i odpowiedziałam na wiadomość, prosząc o rezerwację tych 4 miejsc na 6 października. Godzinę później dostałam potwierdzenie rezerwacji. 
Prawdę mówiąc nie interesowałam się tą produkcją ani trochę. Nawet zapomniałam uwzględnić jej istnienie w przeglądzie interesujących spektakli tego sezonu. Dlaczego akurat ten musical tak totalnie olałam? Przede wszystkim dlatego, że powieść Stedhala, Czerwone i czarne, nie wydawała mi się na tyle interesująca by można było zrobić interesujący spektakl na jej podstawie. Powiem nawet, że owa powieść źle mi się kojarzy - to przez nią oblałam egzamin na romanistyce. 
Jeśli zaś chodzi o sam spektakl, to pierwszy singiel mnie nie porwał. Obsada też mnie nie zaintrygowała, ponieważ w większości składa się z młodych uczestników programu The Voice, o których producenci się zabijają od jakiegoś czasu. W ostatniej produkcji Dove'a Attia również mieliśmy 2 uczestników The Voice i szczerze mówiąc, nie uważam, żeby to wpłynęło pozytywnie na sam spektakl. No chyba, że w obsadzaniu ról uczestnikami The Voice chodzi o to, by przyciągnąć jak najwięcej fanów programu do teatru. W tej kwestii bilans wypada jak najbardziej na plus. 
No ale skoro mnie zaproszono, to nie wypada odmówić...


Może od razu powiem, że spektakl bardzo mnie zaskoczył. Pozytywnie zaskoczył. 
Jak już wyżej wspomniałam, nie interesowałam się tą produkcją w ogóle, a moja znajomość muzyki ograniczyła się do przesłuchania jeden raz pierwszego singla, La gloire a mes genoux, który nie powalił mnie na kolana i nie zapadł w pamięć. Gdzieś o uszy obiła mi się jeszcze informacja, że autorką tekstów jest Zazie i że muzyka będzie grana na żywo. I tyle. Na spektakl poszłam więc kompletnie zielona i nie wiedziałam czego się spodziewać. A właściwie, domyślałam się jak to może wyglądać, bo w końcu obejrzałam wszystkie produkcje Alberta Cohena. 
Le Rouge et Le Noir różni się jednak od tego, co Albert Cohen zaprezentował nam wcześniej i w pełni zasługuje na tytuł rock opery.


Największym atutem tego spektaklu jest właśnie muzyka. Oczywiście, musical nadal jest produkcją typowo francuską - najpierw powstał album, który miał się sprzedać. Jednak ten album jest inny niż albumy proponowane przed premierą innych spektakli Alberta Cohena czy Dove'a Attia. Bardziej rockowy, niepokorny i, mimo wszystko, daleki od tej zasady, że ma się podobać jak największej liczbie potencjalnych widzów. 
Na żywo, muzyka robi jeszcze większe wrażenie. Aranżacje są jeszcze bardziej rockowe, idealnie pasujące do rock opery, a zespół grający na żywo po prostu robi świetne wrażenie. Dodatkowo muzycy chłodzą się wiatrakami, co tworzy jeszcze fajniejszy, old schoolowy efekt wizualny na scenie. Wokaliści są bardzo dobrze dobrani do muzyki i naprawdę dają radę. Jednak najlepiej ze wszystkich wypada odtwórca roli, Juliena Sorela. Come to młody dzieciak, aktor z niego żaden, w dodatku mówi strasznie niewyraźnie, ale głos ma niesamowity. Ciary gwarantowane. Już na płycie pokazuje co potrafi. Cieszę się, że najpierw odkryłam jego głos na żywo i nie miałam okazji ani czasu żeby przyzwyczaić się do jego głosu na płycie. 
Wydaje mi się, że produkcja szczególnie skupiła się właśnie na muzyce, ponieważ to ona gra główną rolę w spektaklu. Sam zespół jest dosyć okrojony, ponieważ składa się tylko z wokalistów, co jeszcze bardziej podkreśla tę operę w tytule. W odróżnieniu od innych musicali, w tym nie zobaczymy zapierających dech w piersiach choreografii. Nie zobaczymy żadnej choreografii, bo po prostu tancerzy nie zatrudniono. To również mnie zaskoczyło, ale w gruncie rzeczy uważam, że brak tancerzy również wychodzi na plus.



Na uwagę zasługuje również scenografia. Jest bardzo prosta, ale wielofunkcyjna. Składa się jedynie z antresoli i mobilnych ekranów. No i tiulu. Tiul musi być.
Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za ekranami na scenie i w tym wypadku również uważam, że obrazki przedstawiające budynki czy pokoje wyglądało kiczowato. Muszę jednak przyznać, że wszystkie animacje wyświetlane podczas piosenek były świetnie zrobione i stanowiły spójną całość razem z oświetleniem i muzyką. Szczególnie dobre wrażenie zrobiły na mnie czerwono-czarne animacje nawiązujące do tytułu spektaklu. 



Niestety, tak jak przypuszczałam, Czerwone i czarne Stendhala nie jest dobrym materiałem na spektakl. Powieść jest dosyć długa i skomplikowana jeśli chodzi o treść, więc nie da jej się zamknąć w 2-godzinnym spektaklu. A tym bardziej nie da jej się zamknąć w takiej specyficznej formie jaką jest musical. Cięcia w fabule są bardzo drastyczne i często nielogiczne. Spektakl opiera się w głównej mierze na miłosnych podbojach Juliena Sorela. Oczywiście, jedno z arcydzieł literatury XIX wieku, nie jest tylko powieścią o miłości i mnie osobiście, przeszkadzało to, że faktyczny sens powieści, a więc marzenia Sorela, bonapartysty, o przejściu z klasy robotniczej do burżuazji, został zredukowany do zaledwie kilku wzmianek i jednej piosenki. 
Na szczęście spektakl nadrabia muzyką i chociażby dlatego warto wybrać się do teatru Le Palace. Jeśli lubicie rock i koncerty, to na pewno polubicie się z Le Rouge et Le Noir.