samedi 7 janvier 2017

Czy leci z nami kucharz?

Nowy Rok i nowy projekt Klubu Polki na Obczyźnie. W tym miesiącu opowiadamy Wam o dziwnych i ciekawych zwyczajach kulinarnych w naszych krajach.
Długo zastanawiałam się, co tak naprawdę zaskoczyło mnie we francuskiej kuchni czy w sposobie jedzenia. Pracując w restauracji to raczej obcokrajowcy mnie zaskakiwali swoimi zwyczajami kulinarnymi. Szampan za 50€ z sokiem pomarańczowym za 3€? Co to dla Rosjan! Keczup i/lub musztarda jedzona z naleśnikiem? Dziwiłam się, że Amerykanie nie piją tej przyprawy z gwinta. No, ale nie o tym miało być. Opowiem Wam dzisiaj o tym, co jedzą Francuzi w pracy.




Jak pewnie większość z Was wie, Francja słynie z bardzo uregulowanych pór posiłków. Dla mnie jest to wielki plus, bo w ten sposób nauczyłam się jeść regularnie. Rano śniadanie, około 10.30-11 zdarza się przekąsić jakiś owoc... Pora obiadowa, która wypada między 12 a 14 to rzecz święta - przebija ją chyba tylko podwieczorek o 16. Dzień kończy się kolacją około 19-20. Brzmi jak rozpiska od dietetyka, nie? Taki rytm dnia pozwala również na zmniejszenie porcji posiłków oraz na lepsze zbilansowanie tego, co jemy. Przyznam szczerze, że początkowo nie umiałam zapanować nad tym rytmem i wielkością posiłków, więc zdarzało mi się podjadać między wyznaczonymi godzinami, co spotykało się z delikatnym zdziwieniem moich kolegów z biura. Kiedy jednak udało mi się ogarnąć ten system, to wyszło mi to po prostu na zdrowie.

Oczywiście śniadanie to kwestia indywidualna, więc nie będę o nim pisać.
O porze obiadowej można napisać doktorat i 100 książek. Jak już napisałam - południe to święta pora, kiedy większość Francuzów pracujących w biurach wychodzi żeby coś zjeść lub kupić do jedzenia. Oczywiście nie dotyczy to restauracji, które w tej porze przeżywają oblężenie. Jednak nie wszyscy Francuzi idą do restauracji. Objaśnię Wam to na przykładzie mojego biura.
Pracuję w dzielnicy, która nie jest typową biurową dzielnicą. Poza kilkoma lokalami usługowymi, w okolicy nie ma poważniejszych firm czy biurowców. Moje biuro mieści się w kamienicy mieszkalnej i jest jednym z nielicznych w okolicy. Mimo to, kiedy wyjdę z biura w czasie przerwy, mogę przebierać w lokalach gastronomicznych: kuchnia indyjska - 1 bar, francuska - 1 bar, azjatycka - 3 bary, kebab - 2 bary, tacos - 1 bar, pizza - 2 bary, włoskie makarony - 2 bary, Subway - 1 bar, a do tego 3 sklepy spożywczem 1 sklep z produktami organicznymi, bio, eko, 4 piekarnie i kilka sklepów mięsnych, serowych, warzywniaków... Wszystko w obrębie 200-300 metrów od biura i w każdym z tych miejsc w południe jest pełno ludzi.
Oczywiście, opcja wyjdź-kup coś gotowego-wróć jest najłatwiejsza i sama często z niej korzystam. Każdego dnia mogę odwiedzić inny fast food. Część moich kolegów z biura woli sobie wyjść i zjeść na zewnątrz. Z kolei koleżanki częściej przynoszą wcześniej kupione rzeczy lub wychodzą do sklepów spożywczych.
I to jest chyba ta rzecz, która mnie najbardziej zaskoczyła: sklepy spożywcze mogą pochwalić się naprawdę szeroką paletą dań gotowych. Wystarczy podgrzać w mikrofalówce i mamy obiad składający się z mięsa/ryby i dodatków. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet jeśli jesteś na diecie, wolisz mniej przetworzone potrawy albo wybierasz produkty bio, to nie ma problemu: możesz iść do sklepu bio, np. Naturalia, albo wybrać się do zwykłej sieciówki i poszukać w lodówkach zup bez ulepszaczy. Bo i takie istnieją. Odkryłam je za sprawą koleżanki, która je te zupy praktycznie codziennie. Kiedy jednak zobaczyłam ilość tych produktów w lodówce, to byłam naprawdę zaskoczona. Skład mają naprawdę dobry, bez konserwantów. Smak również niczego sobie.
Zrozumiałam wtedy, dlaczego, za każdym razem, kiedy przynosiłam do jedzenia coś swojego - i nie mówię tu o kupnym jedzeniu, ale o potrawach, które sama przyrządziłam - pół biura piało z zachwytu nad moją miską. Umówmy się - nie gotuję nic wykwintnego: krem z pomidorów, makaron z sosem, leczo czy inne  jednogarnkowe danie nie są trudne ani długie w przygotowaniu. Nie mam czasu, siły czy ochoty żeby stać pół wieczora po pracy przy garach. Mimo to, te proste dania wywoływały zachwyt i zdziwienie, że sama to zrobiłam. Dlaczego? A bo Francuzi, mając jedną z najlepszych kuchni na świecie, nie gotują. Pozwalają by ktoś inny zrobił to za nich. Mając do dyspozycji multum restauracji, gotowe dania w sklepach spożywczych i w Picard (sklep z mrożonkami) oraz świetnie zaopatrzone piekarnie, mogą pozwolić sobie na przyrządzanie jedynie najprostszych dań typu kanapki czy inne drobne przekąski. Wyjścia do restauracji czy zamówienie jedzenia na wynos również nie wiąże się z dużymi kosztami, więc po co się męczyć?
Jeśli zaś chodzi o deser i podwieczorek, to również obędzie się bez fajerwerków. Na deser zazwyczaj je się jogurt albo owoc. Na podwieczorek owoc, kawałek czekolady (kawałek! nie pół tabliczki!) lub ciastko (jedno! nie pół opakowania!). I tak sobie Ci Francuzi, którzy nie jedzą tak dużo żabich udek jak się powszechnie uważa, żyją. I mają się dobrze. I nie przestaną się dziwić, że gotuję.