jeudi 12 janvier 2017

Koncert Florent Mothe.

Florent Mothe, piosenkarz, którego możecie kojarzyć z przeboju L'Assasymphonie z musicalu Mozart l'Opera Rock albo Quelque chose de magique z musicalu La Legende du Roi Arthur, powrócił niedawno na rynek ze swoim drugim autorskim albumem Danser sous la pluie (Tańczyć w deszczu). Tytuł wywołał małą polemikę, ponieważ w tym samym czasie Florent Mothe brał udział w programie Danse avec les stars.
Jeśli śledzicie mnie od dłuższego czasu, wiecie, że jestem fanką głosu Florent, więc nie mogło mnie zabraknąć na jego koncercie w l'Europeen 30 listopada 2016 roku.



Sprzedaż biletów na koncert rozpoczęła się już we wrześniu i bardzo szybko okazało się, że wszystkie miejsca zostały wyprzedane. Ogłoszono więc nową datę: 23 marca w La Cigale.
L'Europeen to mała sala mieszcząca się niedaleko Placu Clichy. Miałam okazję w niej gościć kilkakrotnie przy okazji różnych spektakli. Miejsce idealne na kameralne koncerty bez szaleństw - sala posiada miejsca  siedzące dosyć ciasno rozmieszczone.
Koncert zaczął się o godzinie 20, jednak kolejka pod salą była długa już o 18.30. Sama dotarłam na miejsce o 19 i udało mi się nie zamarznąć przez godzinę: mrozy akurat zawitały do Paryża. Na miejscu sami fani, kamery TF1 kręcące materiał do kolejnego odcinka DALS oraz kilka zaproszonych osób, m.in. Candice Pascal - partnerka Florent w Danse avec les stars, oraz jego tata.


Jak już wspomniałam, koncert był dosyć kameralny, a w dodatku trochę niezwykły: nowa płyta Florent Mothe ukazała się 2 grudnia, czyli 2 dni po koncercie. Poza singlem i kilkoma zasłyszanymi gdzieś piosenkami, nikt nie znał repertuaru. Moim zdaniem, to świetny sposób na odkrywanie nowego albumu artysty. Dzień wcześniej, podczas koncertu Placebo z okazji 20-lecia istnienia zespołu w Bercy, nie czerpałam aż tyle przyjemności ze słuchania utworów granych na żywo - znam je od prawie 15 lat.


Florent Mothe wrócił na scenę po 3 latach nieobecności z fajną energią i piosenkami w nowym stylu - pop-rock z dużą domieszką elektro. Osobiście nie przepadam za elektro, jednak w jego muzyce nie przeszkadza mi aż tak bardzo. Muszę jednak przyznać, że na żywo piosenki brzmią o wiele lepiej.
Niestety podczas koncertu nie mogliśmy usłyszeć wszystkich piosenek z nowego albumu. Za to Florent zabrał nas w pewnego rodzaju podróż w czasie: zaprezentował piosenki, które śpiewał w barach w Toronto i Nowym Jorku, a następnie chronologicznie przeszedł przez rozwój swojej kariery: od L'assasymphonie przez Rock in chair do La Legende du Roi Arthur. Wszystko w wersji akustycznej - niestety, cięższe brzmienie gitar zniknęło z jego repertuaru. Szkoda.


Koncert skończył się po 2 godzinach bisami: L'assasymphonie oraz Bohemian Rhapsody. I powiem Wam, że dawno nie miałam takich ciar jak na koniec koncertu: ten moment, kiedy cała sala śpiewa Bohemian Rhapsody, a szczególnie wers "Mama (uuu) I don't wanna die". To chyba trzeba przeżyć, żeby móc zrozumieć moc tej piosenki.

Reasumując, koncert zaliczam do bardzo udanych i nie mogę się już doczekać koncertu w La Cigale, podczas którego będę w końcu miała okazję by się wyszaleć i zedrzeć gardło. :) A jeśli jeszcze nie znacie muzyki Florent Mothe, to zachęcam Was do zapoznania się z jego nowym albumem. Na pewno nie pożałujecie.