mercredi 15 mars 2017

Vite fait #3

Krótkie opowiadanie o moim życiu z kotami.



Jeden z moich szanownych kotów, Etoile, odkrył jakiś czas temu swój ulubiony przysmak. Co ciekawe, owy przysmak, czyli suszone kacze mięso, jest raczej przeznaczony dla psów. Taki psi żelek. Istnieje również wersja dla kotów, ale wtedy kawałki są dużo mniejsze i już nie żuje się ich tak fajnie jak dużych kawałków dla psów. Nieważne... W każdym razie, mój szanowny, 5-kilowy (4 kilo futra i kilogram kota w kocie), ociężały kot, który zazwyczaj przemieszcza się jedynie na poziomie podłogi i musi brać rozbieg żeby gdziekolwiek wskoczyć, czując zapach tego przysmaku, dostał skrzydeł i pofrunął aż na lodówkę, na której moja siostra położyła przysmaki swojego psa, chihuahuy. Pragnę tutaj zaznaczyć, że lodówka mojej babci ma jakieś 1,8 metra, więc sami rozumiecie, że dla mojego niskopodłogowego kota był to wyczyn. Kiedy doszłyśmy z moją siostrą i babcią do tego kto zrzucił i zeżarł psie przysmaki, stwierdziłam, że dobra... kupię mu trochę tych żelek. Niech ma... Cena przyprawiła mnie lekko o zawroty głowy (120zł za kilogram), ale niech ma. Kocham moje koty i mogę im dać to, co najlepsze. 
Po powrocie do Francji okazało się jednak, że żelki są tak kuszące dla Etoile, że nie mogę ich trzymać w pojemniku na kocie żarcie. Wylądowały więc na szafie, czyli na najwyższym meblu w domu, na który żaden z kotów nie wskoczy. Tutaj pragnę zaznaczyć, że Flo ma totalnie wywalone na te żelki. On woli dostać dobrą puchę naturalnego żarcia.
Nie minęło dużo czasu aż Etoile zorientował się gdzie trzymam jego Świetego Graala. I się zaczęło...
Godzina 5-6 rano, drapanie do szafy, które nie ustaje dopóki nie zwlekę się z łóżka i nie dam kocince przysmaku. Przysmak się kończy, więc śpię spokojnie, ale kiedy jesteśmy w Polsce to kot znowu sobie o nim przypomina, ja mu kupuję, i znowu klnę nad ranem, że Etoile budzi mnie nad ranem.
Podczas ostatniego pobytu w Polsce zaszalałam i kupiłam wielką, półkilogramową paczkę tych żelków. Teraz modlę się żeby jak najszybciej się skończyła, bo czuję się jakbym miała niemowlę w domu. Pobudkę mam dokładnie o 3.20 w nocy, bo ten Kotas przypomina sobie o przysmaku akurat jak śpię najgłębszym z możliwych snów, oraz o 6 rano, czyli o idealnej porze na pobudkę i ponowne odpłynięcie w objęcia Morfeusza na 2 godziny przed budzikiem, tak żeby o tej 8 być bardziej zrąbana niż o 6. 

Dźwięk obijania się pazurów o szafę jest na tyle głośny w nocy, że wyrywa ze snu jak najlepszy budzik. Próbowałam oczywiście ignorować Kotasa i jego nocne zachcianki. Nic z tego. Kiedy Etoile orientuje się, że po 30 sekundach drapanie nie przynosi rezultatu, a ja nie stanęłam na baczność obok łóżka i nie zaserwowałam mu porcji przysmaku, to załącza mu się tryb "zobacz jaki uroczy jestem". Przychodzi wtedy na łóżko w swojej najbardziej rozmruczanej i uroczej wersji, ugniata cierpliwie koc/poduszkę/moje ramiona i miauczy prosto do ucha. Normalnie miłość rośnie wokół nas, mamo zobacz jaki jestem uroczy, kochany itd. Wtedy zazwyczaj kapituluję i wstaję żeby dać mu ten przysmak, bo koci przypływ miłości jest bardziej upierdliwy niż drapanie w szafę. Wraz z przysmakiem na podłodze, z kota ulatuje wielka miłość... Taki z niego Kotas.