dimanche 16 avril 2017

Nowy rozdział.

Życie pisze czasami często scenariusze, które nas zaskakują. Na przykład, nowy post na tym blogu po długiej przerwie miał być o czymś zupełnie innym. Zabrakło mi jednak weny. A potem to już posypało się całkowicie. W każdym razie, nie przypuszczałam, że posta na ten konkretny temat napiszę tak szybko. Prawdę mówiąc, traciłam już nadzieję, że napiszę go w tym roku. Ale jednak stało się! Moje życie zamarło na 3 tygodnie, a ja przekonałam się o tym, że czegoś takiego jak przeprowadzka nie da się zaplanować.


Bo tak! Przeprowadziłam się!
Opuszczenie kawalerki w Pierrefitte sur Seine było jednym z moich projektów na ten rok, jednak nie przypuszczałam, że stanie się to tak szybko. W październiku ubiegłego roku, przelała się u mnie czara goryczy i wiedziałam już, że 4 lata w Pierrefitte wystarczą mi w zupełności. Więcej nie byłam w stanie znieść ani fizycznie ani psychicznie. Szczególnie psychicznie. 3 napady, 1 złamana ręka, 2 skradzione telefony, 1 walizka i pierdyliard wizyt na komisariacie później miałam dosyć. Nie wspomnę nawet o RERze (kolejka podmiejska), który jeździł... w sumie to częściej nie jeździł niż jeździł. Mieszkanie w 93 departamencie było katorgą. Wszędzie daleko, wyjście na imprezę oznaczało wcielenie w życie wyższej logistyki i matematyki (jeśli wyjdę najpóźniej o tej godzinie i będę biegła przez x minut, to jest szansa, że wyrobię się na ostatni bezpośredni pociąg/ostatnie metro), a do pracy coraz częściej przychodziłam spóźniona. Aż głupio mi było pisać, że mam poślizg, bo znowu kolejka nie jeździ. 
Innym aspektem, który pchnął mnie do stron z ogłoszeniami, było moje mieszkanie. A właściwie to czego w nim nie było albo się zepsuło. Mianowicie izolacja - latem sauna, zimą Arktyka, a boiler z ciepłą wodą działał jak chciał. O ile latem brak ciepłej wody mi nie przeszkadzał, o tyle zimą już tak. Mimo że nie jestem osobą, która jakoś szczególnie dotkliwie odczuwa niskie temperatury, to jednak w mojej garderobie zagościły grube pidżamy z długim rękawem. Tak więc po uciążliwej zimie, stwierdziłam, że kolejnego lata w iście tropikalnych warunkach i z klimatyzacją nie zniosę. Zaczęłam szukać.

Bardzo chciałam sobie zaplanować przeprowadzkę. Wiecie... Przeprowadzę się w tym i tym miesiącu, tego i tego dnia, akurat wszystko uda mi się dopiąć na ostatni guzik, kartony będą spakowane od dawna i na pewno znajdę mieszkanie, które będzie się zwalniać dopiero za miesiąc, żebym mogła się przygotować. Taaa... Przez 4 lata, zdążyłam zapomnieć, że przeprowadzki to szybka akcja: oglądasz-decydujesz się-podpisujesz-wprowadzasz się. Mieszkania zaczęłam szukać w styczniu. Na spokojnie. W końcu nikt mnie nie wyrzucał w mojej kawalerki, nie śpieszyło mi się, mogłam przebierać do bólu. Tak też zrobiłam. Odpowiadałam na ogłoszenia, które spełniały moje kryteria, chodziłam na wizyty, jednak nie decydowałam się na żadne z proponowanych mi mieszkań. Zazwyczaj mieściły się one na przedmieściach, a ja wiedziałam już, że dla mnie przedmieścia nie wchodzą w grę. Chyba że te naprawdę bliskie, z metrem pod domem. Moim priorytetem był Paryż. Często łapałam się też za głowę widząc wymagania niektórych właścicieli (minimalne zarobki w wysokości 3000€ wymagane do wynajęcia 20-metrowej kawalerki). Po 2,5 miesiąca regularnego odpowiadania na minimum 15 ogłoszeń dziennie, zaczęłam wątpić. I wtedy autorka bloga Frolonaise dała mi cynk o jednym ogłoszeniu. Szybki telefon, wizyta tego samego dnia po południu. Następnego dnia umawiałam się już na podpisanie umowy, a 3 dni później miałam już klucze do mojego nowego lokum. Wymarzonego lokum w Paryżu. Jako że mieszkanie wymagało odświeżenia, a przede wszystkim przemalowania okropnych zielono-niebieskich ścian na biało, to przeprowadzka odbyła się dopiero 3 tygodnie po podpisaniu umowy. Dzięki temu moja mama mogła przyjechać, żeby pomóc mi spakować wszystkie rzeczy. Do Pierrefitte wprowadzałam się z jedną walizką i czterema 60-litrowymi workami. Przez 4 lata udało mi się zebrać nie tylko komplet mebli, ale również więcej niż jedną walizkę ubrań, 3 kartony książek, 2 zastawy stołowe i mnóstwo innych kartonów i worków, które wymagały dwóch kursów ciężarówką. Do tej pory nie jestem w stanie określić tego uczucia, kiedy patrzyłam na opustoszałe mieszkanie i zamykałam za sobą drzwi po raz ostatni. 

Tydzień temu spędziłam pierwszą noc w moim paryskim mieszkaniu. Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do myśli, że nie muszę już wyjeżdżać za Paryż, żeby iść do domu. Jeszcze nie oswoiłam tych ulic, dzielnicy, mimo że to właśnie w 18 dzielnicy wszystko się zaczęło 8 lat temu. Zapomniałam też jak wielkim komfortem jest posiadanie linii metra blisko domu. A nawet kilku linii, bo w Paryżu mało jest miejsc, gdzie jest tylko jedna linia. Ja akurat posiadam 2 linie blisko domu. I kolejne 3 trochę dalej. Powoli przyzwyczajam się do uroków życia w kamienicy. Do tego, że pierwszy raz mieszkam w dwóch pokojach, a nie w kawalerce i że mogę sobie wybrać, w którym pokoju akurat chcę siedzieć. Do tego, że nie mam już skosów w mieszkaniu i że nie musiałam kombinować, żeby ustawić meble. Powoli wyrabiam nowe przyzwyczajenia, nowe ruchy. Uczę się tego mieszkania. Uczę się także życia we wspólnocie mieszkaniowej. Tego, że płyty wyciszające na suficie to nie taki głupi pomysł, bo ściany są cienkie jak papier. Do tego dowiedziałam się, że parkiet oznacza hałas. I dlaczego Francuzi tak bardzo lubią mieszkania bez vis-a-vis - na szczęście nie mam zbyt dużo sąsiadów do podglądania. ;) Zgłębiam tajemnice kodów do bramy oraz badge'y, a w wolnych chwilach rozpisuję plany pod tytułem "Znajdź moje mieszkanie" dla kurierów. Nie wiem dlaczego Francuzi nie zdecydowali się na używanie numerów mieszkań. Ile razy bym nie napisała: budynek od podwórza, 3 piętro, drzwi środkowe-bardziej z lewej, to i tak kurier dzwoni, żeby mi powiedzieć, że jest na 3 piętrze, ale nie wie, które drzwi. Pierwszy raz mam też do czynienia z tą tajemniczą instytucją o nazwie "Syndic" (wspólnota mieszkaniowa) - jak coś się zepsuje, to wystarczy zadzwonić do administracji - oraz z EDF (dostawca prądu). Podczas przeprowadzki wspięłam się również na wyżyny kreatywności w dziedzinie organizacji przestrzeni. Skosy na poddaszu może nie były ładne i wygodne, ale miały jedną zaletę - tworzyły sporo przestrzeni, którą mogłam wykorzystać na różne schowki. Moje poprzednie mieszkanie miało 20m kw. przestrzeni "do życia", ale mierząc podłogę wychodziło 35m, dzięki którym mogłam upchać po kątach różne rzeczy, tak żeby moi goście ich nie widzieli i żebym miała do nich łatwy dostęp. W moim nowym mieszkaniu ściany są proste. Mieszkanie jest pięknie symetryczne, ale schowków brakuje. Udało mi się jednak wymyślić różne inne metody przechowywania rzeczy, które niekoniecznie muszą być na widoku.

I tak właśnie minął mi pierwszy tydzień w moim nowym, wymarzonym, paryskim F2. Zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Nowe przyzwyczajenia, nowe możliwości. Przy okazji spełniło się jedno z moich wielkich marzeń. Warto w nie wierzyć, bo czasami spełniają się same. :)